poniedziałek, 22 grudnia 2014
Rozdział 14 " Myśli "
Moje odbicie stopniowo zmienia się. Staje się słabsze, mniejsze. Dziewczyna zaczyna się garbić, a na jej twarz wpływa grymas bólu. Bandaże zaczynają się rozwijać, a ja widzę jak z licznych ran na jej rękach wypływa krew. Powoli płynie po bladych dłoniach, zakrywa szkarłatem kolor skóry ciemnowłosej, aż w końcu kapie na dębowe panele, tworząc kałużę czerwieni. A ja patrzę na ten widok i czuję... właściwie nic nie czuję. Spoglądam na swoje ręce. Są takie same. Tylko na mojej twarzy nie widać uczuć, bo ja już nauczyłam się je chować. Kiedyś tego nie umiałam. Przed sobą mam siebie sprzed kilku lat. Tylko po co to widzę ?
Może oglądam swoje życiowe błędy ?
Siedząc na wielkim łóżku rozmyślam,co miał mi tamten " seans " dać do zrozumienia. Mam przestać? To ostrzeżenie? Może... ?
" Chcę się obudzić ! Ja chcę się natychmiast obudzić ! " - krzyczę w myślach. Zeskakuję z łóżka i jak oszalała zaczynam skakać po pokoju. Szczypie się po rękach, kopie we wszystko, co jest obok mnie, zwalam książki z półek, rozbijam wazony z kwiatami. Po co ? Bo chcę uciec, ale nie mogę. Coś mnie zatrzymuje.
Kompletnie nie czuję bólu.
- Chcę się stąd wydostać! Mam dość ! - wrzeszczę. Po policzkach gęsto płyną łzy, moczą moją koszulę. Płaczę. Ja na prawdę płaczę. Krzyczę, próbując zagłuszyć narastający harmider uczuć w mojej głowie. - Pomocy. - szepczę. Upadam na ziemię. Daję upust swojej złości. Na kogo się tak złoszczę ? Na siebie.
Nie wiem ile czasu mija nim się " uspokajam ". Czuje częściową ulgę, ale ... jestem nadal zła. Jestem zła, bo znów dałam się ponieść. Znów byłam za słaba. Wstaję.
- Umieraj. - syczę. - Umieraj, szmato!
Pięścią walę w lustro. Nie zwracam uwagi na krwawiącą rękę i ból. Biorę pierwszy lepszy odłamek i wbijam w rękę. Krzyczę. Głośno krzyczę. Pokój wypełnia tylko mój krzyk.
Ale przestaje czuć. Wzrok mi się rozmazuje. Milknę. Chyba już na wieki.
" Nareszcie." - myślę.
Znów upadam. I zanim całkowicie zasnę, gdzieś z oddali słyszę czyiś krzyk.
- Nie!
Męski ?
~~~
Co się ze mną stało ? Dlaczego tak się zmieniłam ?
Kiedyś byłam normalnym, wesołym dzieckiem, które nie miało żadnych trosk. Pamiętam jak uwielbiałam się bawić w berka, jak skakałam na skakance, jak tańczyłam w deszczu. Nie zawsze byłam taka. Ja ... lubiłam się bawić z innymi dziećmi. I wszyscy mnie też lubili..
Ale wszystko się zmieniło.
Kiedy ?
Kiedy tak zamknęłam się w sobie ? Kiedy uciekłam od wszystkich ? Kiedy.... stchórzyłam ?
Nie pamiętam.
Czy żałuję ? Czy żałuję, że po części zamieniłam swoje życie w piekło? Czy teraz żałuje tej decyzji?
Tak.
~~~
- Przeżyjesz, Camille, słyszysz ? Przeżyjesz.
- Szybko! Mamy mało czasu! Jeszcze uda nam się ją uratować ! Obiecuję Ci, dziewczyno. Przed tobą jeszcze całe życie. Nie zmarnuj tego. Zostań z nami.
- Co z nią ?
- Żyje.
- Camille, słońce, przepraszam, że nic nie zauważyłam. Przepraszam, że byłam złą matką. Może... nie słyszysz mnie teraz, ale.. chyba tak lepiej. Chyba sama wiesz, że nie potrafię okazywać uczuć...
- Hej... córciu.. Camille... To na prawdę ładne imię, wiedziałem, że Katniss je dla ciebie wybierze. To ja chciałem, żebyś się tak nazywała. Wiesz... przepraszam. Przepraszam, że was zostawiłem. To był największy błąd w moim życiu. Ja.. obiecuję, już nigdy więcej was nie zostawię.
- Hej. Wiesz, bardzo ładnie wyglądasz jak śpisz. W ogóle... jesteś bardzo ładna. Tu, u nas, wszystko dobrze. Twój brat jest bardzo słodki. Czasami się nim opiekuję. Poznałem twojego... tatę. Jest bardzo miły. Chyba po nim odziedziczyłaś oczy. Bardzo brakuje mi twoich oczu, chciałbym je jeszcze zobaczyć... Nie zostawiaj mnie tu samego.
----------------------------------------------------------------------
Jak ostatnio przeglądałam bloga to stwierdzam, że meeeega krótkie rozdziały piszę o,o dlatego jakiś taki dłuższy teraz ;3 ale i tak krótki ;-; ja chyba nie umiem pisać długich ;_; ale coś jest XD i zdaję sobie sprawę, że bardzo zagmatwane piszę to opowiadanie, ale... ogólnie jestem mega roztargniona XDDDDD dobra, co ja się tu będę rozpisywać, miłego czytanie :D
Gru
Piosenka: https://www.youtube.com/watch?v=0AC4ovCUs4Y
ps. Znów Wesołych Świąt! XDD nie spodziewałam się, że dzisiaj napiszę, ale jest XDDD
niedziela, 21 grudnia 2014
Rozdział 13 " Obrazy "
Czuję, jak na moją twarz powoli wpełzają promyki słońca. Tak dawno tego nie czułam, tak obce jest mi to uczucie... Mimo to, znam je. Pamiętam.
Powoli rozwieram powieki, od razu czuję nieprzyjemne łupanie w okolicach skroni. " Trochę jak na kacu. " - mimowolnie myślę. Wyobrażam sobie, jak okropnie muszę wyglądać. Sklejone i spuchnięte powieki mocno dają się we znaki. Okropnie bolą mnie oczy. Pamiętam jak czasami potrafiłam długo płakać.. Dokładnie taki sam ból czułam, kiedy się uspokoiłam.
Rozglądam się zaspanym wzrokiem po pomieszczeniu. Moją uwagę przykuwają ściany w kolorze nocnego nieba. Dostrzegam także małe punkciki, rozsiane w nierównych odstępach. To jeszcze bardziej utwierdza mnie w fakcie, że twórca tego dzieła myślał o niebie, podczas malowania.
Wszystkie meble w tym pomieszczeniu są w kolorze jasnego brązu. Na ścianie nad biurkiem widzę mnóstwo obrazków.
Po kilku minutach zauważam źródło promieni. Podnoszę się powoli do pozycji siedzącej. Przez całą długość kręgosłupa przechodzi nagły dreszcz bólu. Od razu się krzywię ?
Jak długo ja tu leżałam ?
Ostrożnie spuszczam nogi na ziemię. Czuję, jak przez moje stopy przechodzą ciarki w miejscu zetknięcia z podłożem. Dębowa podłoga cicho skrzypi, gdy przenoszę na nią swój ciężar. Z przyzwyczajenia stąpam powoli, aby nikogo nie zbudzić.
Ale czy jest tu ktoś kogo mogę zbudzić ?
Przyglądam się obrazom i próbuję zidentyfikować autora. Są przyklejone w równej linii. Wydaje się, jakby były robione przez przez różnych ludzi, poczynając od dzieci aż po dorosłych. Na ostatnim obrazku widnieje zachód słońca. Sądzę, że ktoś malował go w pośpiechu. Jest niedokończony, na kartce wyrwanej z zeszytu w kratkę.
To moje dzieło.
Mija dość sporo czasu, nim orientuję się, że te wszystkie malunki są zbiorem mojej twórczości. To ja je tworzyłam przez tyle lat. A teraz są wszystkie tu, wystawione jak na wystawie. Nie wiedziałam, że aż tyle namalowałam.
W rogu pokoju widzę lustro. Coś ciągnie mnie do tego przedmiotu, jakaś niewidzialna siła, ale jednocześnie mam wrażenie, że zobaczę tam coś, co mnie przerazi. Mimo to idę.
Z lustra zagląda do mnie młoda dziewczyna, dałabym jej jakieś... 15 lat ? Ma piękne, ciemne włosy i mocno wyróżniające się niebieskie oczy. Uśmiecha się. Ma na sobie zieloną koszulę nocną, sięgającą jej prawie do kolan. Jest piękna.
Ma na rękach bandaże.
To sen.
---------------------------------------------------------------------
Boże, ja na prawdę to napisałam ;o wiem, wiem, mega krotki, no ale musiał się tak skończyć. Napisany w 1. os., bo łatwiej mi tak pisać ;3 Raczej teraz będę pisać właśnie tak. Ostatnio dopadła mnie wena ( wczoraj wieczorem ) i napisałam ;3 możecie się jeszcze niedługo spodziewać notki, ale to nie jest pewne, więc już od razu...
Wesołych Świąt ! ;**
Gru
Piosenka : Utwory Clinta Mansella <3
czwartek, 4 grudnia 2014
Rozdział 12 " Ciemność "
Ciemność.
Jasność.
Ciemność.
Jasność.
Wybieram ciemność.
Błądzę po otchłaniach mego mrocznego ja i brudach tego świata.
Ogląda wszystkie wyrządzone krzywdy i moje chore myśli.
Topię się w ciemności tego zła.
Potrzebuję dobra, światła.
Wizje, które mi się ukazują są przerażające.
Jednocześnie bardzo mnie fascynują, a z innej strony przerażają.
Gdy staje mi przed oczami dziewczyna, która podcina sobie żyłę, boję się i zastanawiam czemu ja tego nie zrobiłam.
Potem dziecko, mordowane przez jakiegoś pedofila. Współczuję mu. Nie na to zasługuje.
I dopiero, gdy widzę noworodka, wyrzuconego na śmietnik, to myślę, że z chęcią oddałabym mu swoje życie, bo ja już go nie potrzebuję.
Nie mogę się stąd wydostać. Ciągle widzę zbrodnie. Ciągle krew. Krzyk. Płacz. Strach. A pośród tego wszystkiego plącze się moja zniszczona wyobraźnia. Właściwie nie odróżniam ich od siebie. Lecą przed siebie jak ptaki i nie dają mi wyboru, muszę patrzeć.
Ciekawe ile jeszcze będę tu musiała być. Posłuchałabym moich piosenek, to zawsze umila mi życie.
Czemu nie płaczę ? Przez cały " seans " nie poleciała mi ani jedna łezka ani nie zaszkliło oko. Chyba jestem nieczuła. Chociaż... depresja jest milczeniem.
Za dużo krwi. Za dużo. Ja chcę światła. Chce innych kolorów. Pomocy. Pomocy...
- Niestety.. stan państwa córki jest stabilny, ale niezadowalający... jest obecnie w śpiączce... pewnie potrwa to jeszcze jakiś czas... sądzimy, że próbowała popełnić samobójstwo... wydaje nam się też, że nie robiła tego świadomie.... podejrzewamy depresje... na razie to tyle.. do widzenia.
---------------------
BUHAHAHAHHAHAHHAHAHHAHAHHA XDDDDDDDDDDDDDDDDDDD Tak bardzo krótka ;3 dziękujcie szkole, bo właśnie do niej muszę pędzić -,- ale coś tam jest xD oczywiście dziękuję za tyle komentarzy ;3 i chciałabym bardzo podziękować mojemu Banankowie ( Peetniss <3 ), który ciągle mi wypominał, żebym dalej pisała xD właściwie to ty mnie jakoś przekonałaś, żebym pisała <3
To tyle z podziękować ;p Następnej notki spodziewajcie się ... no nwm, ale możecie się przygotowywać, że znów przez długi czas nie będzie ;p
Piosenka : Green Day -Bouleverd of broken dreams <3
Gruusia :)
Jasność.
Ciemność.
Jasność.
Wybieram ciemność.
Błądzę po otchłaniach mego mrocznego ja i brudach tego świata.
Ogląda wszystkie wyrządzone krzywdy i moje chore myśli.
Topię się w ciemności tego zła.
Potrzebuję dobra, światła.
Wizje, które mi się ukazują są przerażające.
Jednocześnie bardzo mnie fascynują, a z innej strony przerażają.
Gdy staje mi przed oczami dziewczyna, która podcina sobie żyłę, boję się i zastanawiam czemu ja tego nie zrobiłam.
Potem dziecko, mordowane przez jakiegoś pedofila. Współczuję mu. Nie na to zasługuje.
I dopiero, gdy widzę noworodka, wyrzuconego na śmietnik, to myślę, że z chęcią oddałabym mu swoje życie, bo ja już go nie potrzebuję.
Nie mogę się stąd wydostać. Ciągle widzę zbrodnie. Ciągle krew. Krzyk. Płacz. Strach. A pośród tego wszystkiego plącze się moja zniszczona wyobraźnia. Właściwie nie odróżniam ich od siebie. Lecą przed siebie jak ptaki i nie dają mi wyboru, muszę patrzeć.
Ciekawe ile jeszcze będę tu musiała być. Posłuchałabym moich piosenek, to zawsze umila mi życie.
Czemu nie płaczę ? Przez cały " seans " nie poleciała mi ani jedna łezka ani nie zaszkliło oko. Chyba jestem nieczuła. Chociaż... depresja jest milczeniem.
Za dużo krwi. Za dużo. Ja chcę światła. Chce innych kolorów. Pomocy. Pomocy...
- Niestety.. stan państwa córki jest stabilny, ale niezadowalający... jest obecnie w śpiączce... pewnie potrwa to jeszcze jakiś czas... sądzimy, że próbowała popełnić samobójstwo... wydaje nam się też, że nie robiła tego świadomie.... podejrzewamy depresje... na razie to tyle.. do widzenia.
---------------------
BUHAHAHAHHAHAHHAHAHHAHAHHA XDDDDDDDDDDDDDDDDDDD Tak bardzo krótka ;3 dziękujcie szkole, bo właśnie do niej muszę pędzić -,- ale coś tam jest xD oczywiście dziękuję za tyle komentarzy ;3 i chciałabym bardzo podziękować mojemu Banankowie ( Peetniss <3 ), który ciągle mi wypominał, żebym dalej pisała xD właściwie to ty mnie jakoś przekonałaś, żebym pisała <3
To tyle z podziękować ;p Następnej notki spodziewajcie się ... no nwm, ale możecie się przygotowywać, że znów przez długi czas nie będzie ;p
Piosenka : Green Day -Bouleverd of broken dreams <3
Gruusia :)
środa, 15 października 2014
Rozdział 11 " Coś było nie tak "
Coś było nie tak.
Siedziała po turecku. Na jakimś łóżku. W jakiejś krystalicznie białej sali. Bóg wie gdzie.
Wszystko było idealne, czyste, zdezynfekowane. To mogło być tylko jedno. Szpital.
Czuła się jakby jej wszystkie emocje zostały znieczulone, zatuszowane. Nie czuła nic. W sumie dobrze... Czuła, że o czymś zapomniała, coś było ważne, musiała sobie przypomnieć, ale.. nie mogła. Uporczywie wpatrywała się w białą, zupełnie pustą ścianę przed sobą, ze zmarszczonymi brwiami. Przypomnę sobie, przypomnę sobie..
Czuła na sobie ich wzrok. Czuła, że śledzą każdy jej ruch. Obserwują.. Lustro weneckie.
Nie była do niczego podłączona, a jednak koło łóżka stała dziwnie piszcząca maszyna.
W pomieszczeniu nie było nic więcej. Tylko ta dziwna maszyna, jej łóżko i białe, ledwo dostrzegalne na śnieżnych ścianach, drzwi, mieszczące się po lewej stronie urządzenia. Po prawej znajdowała się ona..
Pik, pik, pik..
Uważnie wsłuchiwała się w każde pykanie. Liczyła każde z nich, próbując zająć myśli czymś innym. Jedno, drugie trzecie..
Gdzieś z oddali usłyszała czyjeś krzyki. Były stłumiona, jakby miała uszy wypełnione watą. Starała się jak najbardziej wytężyć słuch, by cokolwiek usłyszeć, jednak nie mogła. Pojedyncze krzyki, męskie i damskie, mieszały się z irytującymi piskami. Po chwili drzwi otworzyły się. Mechanicznie, niczym robot, obróciła głowę. Ujrzała grupę ludzi, większość z nich próbowała zatrzymać jakiegoś mężczyznę. Ten jednak był zdecydowanie silniejszy. Reszta podbiegła do niej, a ona wpatrywała się w nich pustym, nierozumiejącym wzrokiem. Jedna kobieta złapała ją za głowę i wrzeszczała coś w twarz. Ona jej niestety nie słyszała. Wyglądała na jakieś 40 lat. Miała twarz pokrytą zmarszczkami zmęczenia, jednak Camille wyczuwała, że kiedyś musiała być bardzo ładna. Jej brązowe włosy były zaplecione w niedbałego warkocza, a spojrzenie szarych tęczówek wyrażało przerażenie. Spojrzała na walczących. Byli ubrani w tak samo białe stroje, jak ściany w pomieszczeniu. Oprócz tego chłopaka. Przyjrzała mu się uważniej. Brązowe włosy, jakby właśnie rozwiał je wiatr. Czekoladowe oczy były pełne złości i zdeterminowania. Widziała, jak bardzo ma umięśnione ramiona, jak umięśniona jest jego całą sylwetka. Był przystojny.
Kogoś jej przypominał..
Szczególnie w oczy rzucił jej się blondyn, stojący obok szarookiej. Był chyba w podobnym wieku do brunetki. Ale jego oczy zupełnie różniły się od pozostałej dwójki. Były elektryzująco niebieskie, tak bardzo znajome, i one jedyne wyrażały troskę. Tak samo umięśnione ramiona pokrywały blizny. On też krzyczał.
Do sali wpadła jeszcze jedna kobieta. Pośród szumu krzyków ludzi w pomieszczeniu, jej był najbardziej słyszalny i najbardziej wypełniony niecenzuralnymi słowami. I ją od razu rozpoznała. Ciocia Johanna, zwyciężczyni z 7. Dystryktu, jej chrzestna. Za nią wgramolił się mężczyzna, który przyniósł ze sobą obrzydliwy odór alkoholu. Przetłuszczone włosy spływały po obu stronach jego głowy aż do ramion. Był chyba najstarszy z całej czwórki. Rzucił się w wir walki razem z brunetem.
Mason pewnym krokiem podeszła do Camille, jakimś cudem unikając każdego ciosu. Odepchnęła kobietę i powiedziała, a jej głos był, o dziwo, wyraźny.
- Kupę lat, co, Chrześnico ?
Zadziorny uśmiech rozjaśnił jej twarz.
I wszystko sobie przypomniała.
--------
Tadam ! Nie, ja wcale znowu nie przepraszam ;d xd Musicie się zacząć przyzwyczajać xD Szkoła, szkoła, szkoła... Macie ten rozdział i już, bo kompletnie nwm co pisać, i spadam do szkoły :D
Piosenka : Ra-dio Es-ka ! XDD
Gruszka
Ps. Dziękuję, dziękuję, dziękuję za tyleee komentarzy <3
Siedziała po turecku. Na jakimś łóżku. W jakiejś krystalicznie białej sali. Bóg wie gdzie.
Wszystko było idealne, czyste, zdezynfekowane. To mogło być tylko jedno. Szpital.
Czuła się jakby jej wszystkie emocje zostały znieczulone, zatuszowane. Nie czuła nic. W sumie dobrze... Czuła, że o czymś zapomniała, coś było ważne, musiała sobie przypomnieć, ale.. nie mogła. Uporczywie wpatrywała się w białą, zupełnie pustą ścianę przed sobą, ze zmarszczonymi brwiami. Przypomnę sobie, przypomnę sobie..
Czuła na sobie ich wzrok. Czuła, że śledzą każdy jej ruch. Obserwują.. Lustro weneckie.
Nie była do niczego podłączona, a jednak koło łóżka stała dziwnie piszcząca maszyna.
W pomieszczeniu nie było nic więcej. Tylko ta dziwna maszyna, jej łóżko i białe, ledwo dostrzegalne na śnieżnych ścianach, drzwi, mieszczące się po lewej stronie urządzenia. Po prawej znajdowała się ona..
Pik, pik, pik..
Uważnie wsłuchiwała się w każde pykanie. Liczyła każde z nich, próbując zająć myśli czymś innym. Jedno, drugie trzecie..
Gdzieś z oddali usłyszała czyjeś krzyki. Były stłumiona, jakby miała uszy wypełnione watą. Starała się jak najbardziej wytężyć słuch, by cokolwiek usłyszeć, jednak nie mogła. Pojedyncze krzyki, męskie i damskie, mieszały się z irytującymi piskami. Po chwili drzwi otworzyły się. Mechanicznie, niczym robot, obróciła głowę. Ujrzała grupę ludzi, większość z nich próbowała zatrzymać jakiegoś mężczyznę. Ten jednak był zdecydowanie silniejszy. Reszta podbiegła do niej, a ona wpatrywała się w nich pustym, nierozumiejącym wzrokiem. Jedna kobieta złapała ją za głowę i wrzeszczała coś w twarz. Ona jej niestety nie słyszała. Wyglądała na jakieś 40 lat. Miała twarz pokrytą zmarszczkami zmęczenia, jednak Camille wyczuwała, że kiedyś musiała być bardzo ładna. Jej brązowe włosy były zaplecione w niedbałego warkocza, a spojrzenie szarych tęczówek wyrażało przerażenie. Spojrzała na walczących. Byli ubrani w tak samo białe stroje, jak ściany w pomieszczeniu. Oprócz tego chłopaka. Przyjrzała mu się uważniej. Brązowe włosy, jakby właśnie rozwiał je wiatr. Czekoladowe oczy były pełne złości i zdeterminowania. Widziała, jak bardzo ma umięśnione ramiona, jak umięśniona jest jego całą sylwetka. Był przystojny.
Kogoś jej przypominał..
Szczególnie w oczy rzucił jej się blondyn, stojący obok szarookiej. Był chyba w podobnym wieku do brunetki. Ale jego oczy zupełnie różniły się od pozostałej dwójki. Były elektryzująco niebieskie, tak bardzo znajome, i one jedyne wyrażały troskę. Tak samo umięśnione ramiona pokrywały blizny. On też krzyczał.
Do sali wpadła jeszcze jedna kobieta. Pośród szumu krzyków ludzi w pomieszczeniu, jej był najbardziej słyszalny i najbardziej wypełniony niecenzuralnymi słowami. I ją od razu rozpoznała. Ciocia Johanna, zwyciężczyni z 7. Dystryktu, jej chrzestna. Za nią wgramolił się mężczyzna, który przyniósł ze sobą obrzydliwy odór alkoholu. Przetłuszczone włosy spływały po obu stronach jego głowy aż do ramion. Był chyba najstarszy z całej czwórki. Rzucił się w wir walki razem z brunetem.
Mason pewnym krokiem podeszła do Camille, jakimś cudem unikając każdego ciosu. Odepchnęła kobietę i powiedziała, a jej głos był, o dziwo, wyraźny.
- Kupę lat, co, Chrześnico ?
Zadziorny uśmiech rozjaśnił jej twarz.
I wszystko sobie przypomniała.
--------
Tadam ! Nie, ja wcale znowu nie przepraszam ;d xd Musicie się zacząć przyzwyczajać xD Szkoła, szkoła, szkoła... Macie ten rozdział i już, bo kompletnie nwm co pisać, i spadam do szkoły :D
Piosenka : Ra-dio Es-ka ! XDD
Gruszka
Ps. Dziękuję, dziękuję, dziękuję za tyleee komentarzy <3
środa, 1 października 2014
Rozdział 10 " Mellark "
Łóżko obok dziewczyny lekko się wgniotło, przyciśnięte ciężarem chłopaka. Delikatnie wsunął ramię pod jej głowę, a ona kierując się instynktem, obróciła do niego. Bardzo powoli roztworzyła powieki, ukazując parę idealnie niebieskich oczu, jednocześnie od razu widząc twarz bruneta. Na jego twarzy wykwitł nieśmiały uśmiech. Natomiast jej twarz wyrażała zdumienie, nie tego się spodziewała. Dostrzegając jej zdziwienie zaczął się lekko podnosić speszony.
- Przepraszam, nie powinienem.. - zaczął, wstając.
- Cii.. - szepnęła. - Nic się nie stało. - dodała, przyciągając go z powrotem. Wtuliła głowę w jego klatkę piersiową. Chłonęła ciepło jego ciała, czuła bezpieczeństwo płynące z jego ramion. Lekki podmuch wywołał na jej karku gęsią skórkę. Czuła się tak błogo, było jej tak dobrze..
- Hej. - mruknął, a jego głos był delikatnie zachrypnięty. Uśmiechnęła się sama do siebie.
- Hej. - odparła. Jednym ramieniem objął ją w pasie, lokując dłoń na jej plecach. Drugie wciąż służyło za poduszkę brunetki.
- Powinienem wstać, mam parę obowiązków ... - zamruczał do jej ucha. Poczuła mrowienie w miejscu gdzie jego usta stykały się z jej uchem.
- Jakich ? - spytała, pozornie zaciekawiona.
- Nie pamiętam, musiałbym spojrzeć na grafik.
- A ja co mam robić ?
- Chyba będą ci robić jakieś pytania i raczej nie dostaniesz grafiku. Pewnie będą ci kazali leżeć tutaj, w szpitalu.
- Co?! W szpitalu ?! - zerwała się z miejsca. Dopiero teraz rozejrzała się dookoła. Leżeli w szpitalnym łóżku, nie było szczególnie wielkie, ale spokojnie wystarczyło dla ich obojga. Otaczały ich białe zasłony, a obok stało krzesło. Spojrzała na ręce. Miała doczepione kilka rurek. Jak mogła ich wcześniej nie zauważyć ? - Co mi się stało ? I wytłumacz mi, czemu tutaj jesteśmy ?
Patrzył na nią bezsilnym wzrokiem. Widziała, jak przygryza wargę. Złapał za jej rękę i delikatnie pogładził. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy do sali wszedł jakiś mężczyzna.
- Nareszcie się pani obudziła, panno Mellark. - powiedział pogodnym głosem. Wyglądał na jakieś trzydzieści lat. Miał brązowe włosy i czekoladowe oczy. Zapuszczona broda dodawała mu dodatkowych lat, a długi kitel jakiegoś lekarskiego uroku.
- M.. Mellark ? - wydukała. Jej spojrzenie powędrowało w jego stronę. Uniosła szeroko brwi.
- Ja już powinienem iść. - usłyszała gdzieś z tyłu. Obróciła głowę. James powoli się podnosił. Nie chciała, żeby odchodził. Nie chciała zostawać z tym lekarzem. Chciała zostać z Jamesem. - Muszę. - dodał, widząc jej błagające spojrzenie. Patrzyła jak odchodzi. Dopiero, gdy trzasnęły drzwi, odważyła się spuścić wzrok.
- Och, doprawdy to urocze, ale mamy teraz parę spraw do omówienia. - zakpił lekarz. - Jestem doktor Bradley. Będę twoim lekarzem prowadzącym.- przedstawił się.
- Po co mi lekarz ? Co się stało ? Gdzie jestem ? Co z moim nazwiskiem ? - wyrzuciła z siebie serię pytań. Miała mętlik w głowie.
- Jak już wspominał pani, pan James, jesteśmy w Dystrykcie Trzynastym. Znaleźliśmy się tutaj, ponieważ od czasu ostatniego powstania, Trzynastka tworzy azyl. Wybuchło kolejne powstanie, ostatnio odbyło się kolejne głosowanie, z powodu niespodziewanej śmierci prezydent Paylor. Przyczyny śmieci do dzisiaj są nieznane. Nowym prezydentem został pański ojczym. Jest pani poszukiwana w całym kraju, łącznie z pańskim bratem i matką.
- Słucham?! - wykrzyknęła. - Jestem poszukiwana ?! Mama i Lucas też ?! Coś nam grozi ?!
- Spokojnie, wspomniałem już, że jesteśmy w azylu. Wszyscy jesteśmy bezpieczni. - dodał. Przysiadł na brzegu jej łóżka. - A co do pani nazwiska... powinna pani porozmawiać z mamą.
-------------------------------------------------------
Ba dum, tsss.... A oto i nowy rozdział ! Kolejny dość krótki, no ale cóż ja poradzę ;c Mam bity palec, więc trochę trudno jest pisać, ale czego się nie robi dla kochanych czytelników ;** Rozdział dedykuję mojemu Banankowi, ( Peetniss. Forever. )który tak czekał na ten rozdział. I proszę nic nie sugerować z Peetą, o nie, nie ! Jego tam wcale nie było hhehe xD A tymczasem ja spadam oglądać mój ukochany film " Bez mojej zgody " :'( a wredny banan nie chce oglądać, ale cóż ;-; Witam nowych czytelników !! Miło mi was gościć w mych skromnych progach :D do następnego rozdziału, Trybuci !
Piosenka : miła ciszaa ;3
Gruszka
wtorek, 30 września 2014
Rozdział 9 " Nie chciała nic czuć "
- Co ? - niemal wykrzyknęła. Jej oczy sięgały maksymalnych rozmiarów. Wpatrywała się w niego jakby był duchem.
- To długa historia, nie ja ci powinienem ją opowiadać... - Poczuła, że coś w niej pęka. Długa historia ? Czemu nie może jej powiedzieć ? Zrezygnowana, z powrotem opadła na poduszki i mocno zacisnęła powieki. Nie chciała nic czuć, chciała spokoju, bezpieczeństwa, nie. Nie chciała nic czuć. Potrzebowała czasu, by wszystko przemyśleć. Niby nic się nie stało, ale ona czuła, że nie daje rady. Czuła się bezsilna. Nie chciała nic czuć. Po policzkach zaczęły płynąć łzy. Czuła jak moczą poduszkę. Nie chciała nic czuć. Ale wtedy jakaś niewidzialna siła objęła ją mocno w talii, przyciągnęła do siebie, a ona poddała się jej. Wtuliła głowę w jej ciepłe ciało i pozwoliła sobie na poczucie bezpieczeństwa. A dziwna siła szeptała do jej ucha kojące słowa, próbując uspokoić dziewczynę.
A ona chciała ją poczuć.
Odpłynęła.
- Jak ona się czuje ? - usłyszała jakiś obcy głos. Choć był dla niej nieznajomy to miała wrażenie, że nie pierwszy raz go słyszy. Należał do jakiegoś mężczyzny, był miękki i wypełniony troską.
Dźwięki dochodziły do niej z dziwnie daleka. " No super, znowu jestem nieprzytomna. Właśnie do siebie dochodzę. " pomyślała. Poczuła się dziwnie. Czy to normalne, że będąc nieprzytomna, wiedziała o tym ?
- Lepiej. - odpowiedzi udzielił James. Źródło jego głosu było zdecydowanie bliżej. Dziwnie blisko. Doszły do niej jakieś dźwięki, jakby ktoś wstawał. Dźwięki były coraz ostrze, czuła, że może już wstać, ale chciała jeszcze chwilę zaczekać..
- To.. ja już może pójdę. - dodał ten znajomo nieznajomy głos. Dźwięki kroków coraz bardziej się oddalały. Po chwili się jednak zatrzymały i wróciły. - Opiekuj się nią. - Jego głos był zdecydowanie twardszy niż wcześniej. - Jeśli ją skrzywdzisz, to będziesz miał do czynienia ze mną. - dodał ostro.
- Oczywiście. - odpowiedział James uroczystym głosem. Coś jest nie tak, kto to mówił, skąd znała ten głos.. Wtedy nieznajomy odszedł.
-------------------------------------------------------
No, to takie coś na rozgrzeweczkę :D Macie, macie i mi nie biadolić xDDD króciutkie, bo króciutkie, ale jest ! :D jutro postaram się wrzucić coś dłuższego, bo lekcje szybko kończę heheh xD ja tymczasem idę spamić koleżance pod zdjęciem ;3
Piosenka : Piotr Rogucki- Anioły
Ps. Jak was przycisnąć to są komentarze ;3
Gruszka XD
sobota, 20 września 2014
Rozdział 8 " Znajdę cię "
Rzuciła się w kierunku plecaka leżącego za Jamesem. Gorączkowym ruchem wyciągnęła go ze specjalnej kieszonki i przejechała palcem po ekranie. " 9 nowych wiadomości i 5 nieodebranych połączeń. ", przeczytała. Przygryzła wargę.
" Camille, gdzie jesteś ? "
" Wracaj już do domu. "
" Słonko, proszę cię, masz pół godziny. "
" Camille, wracaj. "
" Camille, do domu, proszę cię. ''
" Proszę cię, wracaj już. "
" Camille, za 5 minut.. twój tata ..będzie w domu. "
" Camille, wracaj on już jest i tak zdenerwowany. "
Wszystkie miały jednego nadawcę. Mama. Połączenia też. Poczuła ciarki na plecach. " Boże, ratuj mnie. ", pomyślała, choć nigdy nie wierzyła w Boga.
- Coś się stało ? - usłyszała cichy głos za plecami. Odwróciła gwałtownie głowę i przypomniała sobie o obecności chłopaka. Na jej twarzy malowała się panika, zaczęła mieć trudności z oddychaniem. Poczuła, że jej nogi miękną. Przełknęła ślinę. W oczach bruneta błysnął niepokój. W sekundę siedział już koło niej i obejmował ją ramieniem.
- Camille, co się stało ? - spytał, patrząc w jej oczy. Nie odpowiadała, po jej policzkach popłynęły łzy. - Camille, możesz mi powiedzieć. - mówił kojącym głosem. A ona tylko wtuliła się mocno w jego pierś, czując irytującą bezsilność. Zaniosła się szlochem, mocząc koszulkę brązowookiego.
- On mnie zabije, ja nie chcę, nie chcę.. - jęczała. Czuła, że rozpada się na miliony szklanych kawałków. Ona nie była silna, nigdy nie była silna. Chciała tylko przeżyć.
- Co ? O czym ty mówisz, Camille ? - Szkło wbijało się w ciało chłopaka, sprawiając mu nieopisany ból. Każdy kawałek powoli wrzynał się w jego skórę, z każdym słowem wypowiedzianym przez dziewczynę, a każda łza powodowała pieczenie.
- On, on mnie zabije, ja nie chcę, nie chcę znowu..- mamrotała tylko. A James czuł, że właśnie został spoliczkowany przez swoje sumienie. Położył powoli szlochającą dziewczyną na ziemi, a ona automatycznie skuliła się w kulkę. Odgarnął kosmyk ciemnych włosów z jej twarzy i wtedy dostrzegł ledwie już widocznego guza na jej skroni. Poczuł jak przechodzi ją delikatny, ledwie wyczuwalny dreszcz. Nie wiedział tylko czy ze strachu, czy może czegoś innego. Przesunął rękę na brzuch i walcząc z poczuciem nachalności, odsunął materiał. Na brzuchu ujrzał kolejną serię siniaków. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie sprawdzić dalej. W końcu opuścił bluzkę z powrotem na miejsce i zaklął pod nosem. Jak mógł być tak głupi? Jak mógł niczego nie zauważyć ? Spojrzał na twarz dziewczyny. Dalej płakała. Wsunął rękę pod jej plecy i nogi. Lekko, jakby ważyła zaledwie parę gram, uniósł w górę. Schylił się jeszcze po plecak, a potem już było widać tylko jego plecy przykryte niebieskim materiałem.
Krzyk. Krzyk rozdzierał jej głowę. Krzycz. Krzycz, a przeżyjesz. Płacz. Płacz. Płacz, idiotko. Nigdy nie dasz sobie rady. Ja zawsze cię znajdę. Wszędzie cię dopadnę. Camille. Camille. Camille. Nie dasz rady. Płacz. Krzycz. Boli ? To dobrze. Ma boleć. Masz cierpieć. To za karę. To za karę. Zginiesz. Ale to tylko za karę...Znajdę cię.
Jej krzyk rozerwał przestrzeń. Nie wiedziała gdzie jest, co tu robi. Czuła tylko to irytujące łupanie w czaszce. W uszach jej szumiało. Nic nie słyszała, nie czuła. Rozglądała się nieobecnym wzrokiem po szarym pomieszczeniu. Nie kontaktowała ze światem. Zaczęła liczyć głębokie oddechy. Jeden, drugi, trzeci, czwarty.. Ponownie krzyknęła. Miała przed twarzą przerażoną minę Jamesa. Widziała jak porusza ustami, ale żadne słowa do niej nie docierały. Powoli zaczęła rozróżniać dźwięki. Tykanie zegara, uspokajające się bicie jej serca, cichy szelest.. Nie wiedzieć, to ją uspokajało.
- Camille. - usłyszała gdzieś z oddali. Spojrzała na Jamesa. Z ruchu jego warg zaczęła odczytywać jedno słowo. - Camille.- powtórzył głos.
Szum ustąpił.
- Camille, słyszysz mnie ? - Teraz wyraźnie rozumiała, jego słowa. Kiwnęła głową. Mocno przytulił ją do piersi, a ona wsłuchiwała się w bicie jego serca.
- Gdzie jestem ?- spytała słabym głosem. Chłopak odsunął ją na długość, zerknął w jej oczu troskliwym, zbolałym wzrokiem.
- Jesteśmy w 13. Jesteś bezpieczna.
----------------------------
Pam, pam, pam !! :D A oto i nowa notka, dedykowana dla Kosogłosa ;) Proszę bardzo. I know, I know... Znowu krótka, no, ale musiałam tak skończyć ;) zastosuję metodę ze starego bloga i będę podawała piosenki przy których pisałam. A no i jeszcze jedna informacja. Oficjalnie zabraniam wspominać o Peecie :D Jak się pojawi, to będzie, jak nie... no to nie xDD
Piosenka : Odgłosy nocy i mytego, przez mamę, okna XDDDDD
Gruszka
Do następnej notki :D
" Camille, gdzie jesteś ? "
" Wracaj już do domu. "
" Słonko, proszę cię, masz pół godziny. "
" Camille, wracaj. "
" Camille, do domu, proszę cię. ''
" Proszę cię, wracaj już. "
" Camille, za 5 minut.. twój tata ..będzie w domu. "
" Camille, wracaj on już jest i tak zdenerwowany. "
Wszystkie miały jednego nadawcę. Mama. Połączenia też. Poczuła ciarki na plecach. " Boże, ratuj mnie. ", pomyślała, choć nigdy nie wierzyła w Boga.
- Coś się stało ? - usłyszała cichy głos za plecami. Odwróciła gwałtownie głowę i przypomniała sobie o obecności chłopaka. Na jej twarzy malowała się panika, zaczęła mieć trudności z oddychaniem. Poczuła, że jej nogi miękną. Przełknęła ślinę. W oczach bruneta błysnął niepokój. W sekundę siedział już koło niej i obejmował ją ramieniem.
- Camille, co się stało ? - spytał, patrząc w jej oczy. Nie odpowiadała, po jej policzkach popłynęły łzy. - Camille, możesz mi powiedzieć. - mówił kojącym głosem. A ona tylko wtuliła się mocno w jego pierś, czując irytującą bezsilność. Zaniosła się szlochem, mocząc koszulkę brązowookiego.
- On mnie zabije, ja nie chcę, nie chcę.. - jęczała. Czuła, że rozpada się na miliony szklanych kawałków. Ona nie była silna, nigdy nie była silna. Chciała tylko przeżyć.
- Co ? O czym ty mówisz, Camille ? - Szkło wbijało się w ciało chłopaka, sprawiając mu nieopisany ból. Każdy kawałek powoli wrzynał się w jego skórę, z każdym słowem wypowiedzianym przez dziewczynę, a każda łza powodowała pieczenie.
- On, on mnie zabije, ja nie chcę, nie chcę znowu..- mamrotała tylko. A James czuł, że właśnie został spoliczkowany przez swoje sumienie. Położył powoli szlochającą dziewczyną na ziemi, a ona automatycznie skuliła się w kulkę. Odgarnął kosmyk ciemnych włosów z jej twarzy i wtedy dostrzegł ledwie już widocznego guza na jej skroni. Poczuł jak przechodzi ją delikatny, ledwie wyczuwalny dreszcz. Nie wiedział tylko czy ze strachu, czy może czegoś innego. Przesunął rękę na brzuch i walcząc z poczuciem nachalności, odsunął materiał. Na brzuchu ujrzał kolejną serię siniaków. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie sprawdzić dalej. W końcu opuścił bluzkę z powrotem na miejsce i zaklął pod nosem. Jak mógł być tak głupi? Jak mógł niczego nie zauważyć ? Spojrzał na twarz dziewczyny. Dalej płakała. Wsunął rękę pod jej plecy i nogi. Lekko, jakby ważyła zaledwie parę gram, uniósł w górę. Schylił się jeszcze po plecak, a potem już było widać tylko jego plecy przykryte niebieskim materiałem.
Krzyk. Krzyk rozdzierał jej głowę. Krzycz. Krzycz, a przeżyjesz. Płacz. Płacz. Płacz, idiotko. Nigdy nie dasz sobie rady. Ja zawsze cię znajdę. Wszędzie cię dopadnę. Camille. Camille. Camille. Nie dasz rady. Płacz. Krzycz. Boli ? To dobrze. Ma boleć. Masz cierpieć. To za karę. To za karę. Zginiesz. Ale to tylko za karę...Znajdę cię.
Jej krzyk rozerwał przestrzeń. Nie wiedziała gdzie jest, co tu robi. Czuła tylko to irytujące łupanie w czaszce. W uszach jej szumiało. Nic nie słyszała, nie czuła. Rozglądała się nieobecnym wzrokiem po szarym pomieszczeniu. Nie kontaktowała ze światem. Zaczęła liczyć głębokie oddechy. Jeden, drugi, trzeci, czwarty.. Ponownie krzyknęła. Miała przed twarzą przerażoną minę Jamesa. Widziała jak porusza ustami, ale żadne słowa do niej nie docierały. Powoli zaczęła rozróżniać dźwięki. Tykanie zegara, uspokajające się bicie jej serca, cichy szelest.. Nie wiedzieć, to ją uspokajało.
- Camille. - usłyszała gdzieś z oddali. Spojrzała na Jamesa. Z ruchu jego warg zaczęła odczytywać jedno słowo. - Camille.- powtórzył głos.
Szum ustąpił.
- Camille, słyszysz mnie ? - Teraz wyraźnie rozumiała, jego słowa. Kiwnęła głową. Mocno przytulił ją do piersi, a ona wsłuchiwała się w bicie jego serca.
- Gdzie jestem ?- spytała słabym głosem. Chłopak odsunął ją na długość, zerknął w jej oczu troskliwym, zbolałym wzrokiem.
- Jesteśmy w 13. Jesteś bezpieczna.
----------------------------
Pam, pam, pam !! :D A oto i nowa notka, dedykowana dla Kosogłosa ;) Proszę bardzo. I know, I know... Znowu krótka, no, ale musiałam tak skończyć ;) zastosuję metodę ze starego bloga i będę podawała piosenki przy których pisałam. A no i jeszcze jedna informacja. Oficjalnie zabraniam wspominać o Peecie :D Jak się pojawi, to będzie, jak nie... no to nie xDD
Piosenka : Odgłosy nocy i mytego, przez mamę, okna XDDDDD
Gruszka
Do następnej notki :D
piątek, 19 września 2014
Rozdział 7 " Po obiedzie "
Tego dnia w ogóle nie mogła się skupić na lekcjach. Wciąż dostrzegała jego uśmiech z sąsiedniej ławki. Próbowała nie zwracać na niego uwagi, ale za każdym razem jej się to nie udawało. Na przerwach ciągle był koło niej. Opowiadał kawały, rozśmieszał. Na ręce czuła jego dotyk. Była szczęśliwa, jak jeszcze nigdy. Nie zwracała uwagi na wścibskie spojrzenia innych uczniów. Starała się.
W końcu nadeszła ostatnia lekcja, wf. Nie ćwiczyła, nie miała na to siły. Była zmuszona wrócić do domu.
Szła pustą ścieżką, przez las. Nie rozglądała się, była wpatrzona w końcówki swoich butów. W głowie szumiało jej od natłoku myśli. To wszystko wydawało się takie dziwne..
W ciągu ostatnich kilku dni dużo się zdarzyło. Dowiedziała się tak wielu rzeczy, że głowa ją bolała. Wciąż w głowie huczały jej słowa matki, powtarzając się potwornym echem. A może ją po prostu okłamała ? Niee.. Ten płacz matki i reakcja Hawthorna były za prawdziwe, czuła na własnym przykładzie...
Chłopak, w którym podkochiwała się od 6 lat, i który do tej pory jej nie zauważał, nagle się nią zainteresował. A może zauważał, tylko ona, zakryta kocem swoich problemów, nie zauważała jego ? Pogubiła się już w tym wszystkim. To wydawało jej się bardzo podejrzane, ale z całej siły starała się wybić to sobie z głowy. Za bardzo jej się podobał..
Piekarz z Dwunastego Dystryktu ciągle wydawał się dla niej zagadką nie do rozwiązania, nie wiedziała od czego zacząć. Potrzebowała pomocy, ale komu mogła zaufać ? Jamesowi ? Jego " znała " zaledwie dwa dni, ale budził w niej dziwne uczucie, czuła się jakby znała go całe życie.. Matka ? Wciąż czuła do niej żal, że dopiero teraz jej o wszystkim powiedziała, jednak rozumiała to, a przynajmniej starała się rozumieć. Nie miała nikogo innego.
Idąc przez pola, które jeszcze niedawno stanowiły dla niej ucieczkę od rzeczywistości, zastanawiała się dlaczego, dlaczego to ją to wszystko spotkało ? Co takiego zrobiła, że musiała cierpieć ? Czym sobie zasłużyła ?
Przechodząc obok starej lipy, postanowiła odpocząć. Podeszła do starego pnia i rzuciła plecak gdzieś w bok. Położyła się na mchu, porastającym ziemię wokół starego drzewa. Ułożyła głowę na dłoniach i wpatrywała się w sunące po niebie chmury. Przestała myśleć, chciała chwili ciszy, wytchnienia. Nawet nie zauważyła kiedy zasnęła.
- Nie za wygodnie ci tu ? - usłyszała czyiś głos. Wydawał jej się odległy, zagłuszany jakąś magiczną siłą. Jednak wciąż się nie podnosiła. Było jej tak błogo, tak miło.. Potem usłyszała szelest i rozum podpowiadał jej, że powinna być zaniepokojona, ale była jej za dobrze. Podłoże koło niej jakby się poruszyło, przygniecione czyimś ciężarem, a na talii poczuła lekkie dotknięcie. Teraz to już trochę się zaniepokoiła. Powoli podniosła rękę i pomacała to miejsce. Poczuła jakąś szorstką powierzchnię. Przejechała opuszkami po materii i zerwała się z miejsca. Ciężko dysząc, odsunęła się kawałek i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć. W miejscu gdzie przed chwilą leżała pozostał ślad, po wgnieceniu. A obok niego leżał uśmiechnięty James. Złapała się za brzuch i głęboko odetchnęła. Powoli się uspokajała, ale wciąż słyszała za szybkie bicie swojego serca. Ponownie zerknęła w jego stronę. Leżał, wspierając głowę na ręce.
- Słodko wyglądasz, kiedy śpisz. - powiedział, a jego uśmiech sprawił, że się rozpłynęła. Poczuła rumieńce na twarzy. Wtedy zdała sobie sprawę, że musi wyglądać jak straszydło. Dopiero wstała.. Szybkim ruchem przejechała ręką po włosach, a z jej ust mimowolnie wydobyło się ziewnięcie. Czuła na sobie jego wzrok, oplatający jej całe ciało, czuła się naga, skrępowana. I przypomniała sobie jedną rzecz.
- Która godzina ? - spytała.
- Szczęśliwi nie liczą czasu. - odpowiedział.
- Ale to naprawdę ważne.. - nalegała.
- No skoro uważasz się za nieszczęśliwą, to jest po 16. - udawał, że narzeka. A ona wybałuszyła oczy. Po 16. Już jest po obiedzie...
Przecież on ją zabije.
-------------
Tak, więc taki króciuteńki. Będzie dłuższy, ale niestety KTOŚ mi już każe z laptopa zejść ;-------; DZIĘKUJĘ ZA TYLE KOMENTARZY i miłego czytania ;**
Gruszka
W końcu nadeszła ostatnia lekcja, wf. Nie ćwiczyła, nie miała na to siły. Była zmuszona wrócić do domu.
Szła pustą ścieżką, przez las. Nie rozglądała się, była wpatrzona w końcówki swoich butów. W głowie szumiało jej od natłoku myśli. To wszystko wydawało się takie dziwne..
W ciągu ostatnich kilku dni dużo się zdarzyło. Dowiedziała się tak wielu rzeczy, że głowa ją bolała. Wciąż w głowie huczały jej słowa matki, powtarzając się potwornym echem. A może ją po prostu okłamała ? Niee.. Ten płacz matki i reakcja Hawthorna były za prawdziwe, czuła na własnym przykładzie...
Chłopak, w którym podkochiwała się od 6 lat, i który do tej pory jej nie zauważał, nagle się nią zainteresował. A może zauważał, tylko ona, zakryta kocem swoich problemów, nie zauważała jego ? Pogubiła się już w tym wszystkim. To wydawało jej się bardzo podejrzane, ale z całej siły starała się wybić to sobie z głowy. Za bardzo jej się podobał..
Piekarz z Dwunastego Dystryktu ciągle wydawał się dla niej zagadką nie do rozwiązania, nie wiedziała od czego zacząć. Potrzebowała pomocy, ale komu mogła zaufać ? Jamesowi ? Jego " znała " zaledwie dwa dni, ale budził w niej dziwne uczucie, czuła się jakby znała go całe życie.. Matka ? Wciąż czuła do niej żal, że dopiero teraz jej o wszystkim powiedziała, jednak rozumiała to, a przynajmniej starała się rozumieć. Nie miała nikogo innego.
Idąc przez pola, które jeszcze niedawno stanowiły dla niej ucieczkę od rzeczywistości, zastanawiała się dlaczego, dlaczego to ją to wszystko spotkało ? Co takiego zrobiła, że musiała cierpieć ? Czym sobie zasłużyła ?
Przechodząc obok starej lipy, postanowiła odpocząć. Podeszła do starego pnia i rzuciła plecak gdzieś w bok. Położyła się na mchu, porastającym ziemię wokół starego drzewa. Ułożyła głowę na dłoniach i wpatrywała się w sunące po niebie chmury. Przestała myśleć, chciała chwili ciszy, wytchnienia. Nawet nie zauważyła kiedy zasnęła.
- Nie za wygodnie ci tu ? - usłyszała czyiś głos. Wydawał jej się odległy, zagłuszany jakąś magiczną siłą. Jednak wciąż się nie podnosiła. Było jej tak błogo, tak miło.. Potem usłyszała szelest i rozum podpowiadał jej, że powinna być zaniepokojona, ale była jej za dobrze. Podłoże koło niej jakby się poruszyło, przygniecione czyimś ciężarem, a na talii poczuła lekkie dotknięcie. Teraz to już trochę się zaniepokoiła. Powoli podniosła rękę i pomacała to miejsce. Poczuła jakąś szorstką powierzchnię. Przejechała opuszkami po materii i zerwała się z miejsca. Ciężko dysząc, odsunęła się kawałek i dopiero wtedy odważyła się spojrzeć. W miejscu gdzie przed chwilą leżała pozostał ślad, po wgnieceniu. A obok niego leżał uśmiechnięty James. Złapała się za brzuch i głęboko odetchnęła. Powoli się uspokajała, ale wciąż słyszała za szybkie bicie swojego serca. Ponownie zerknęła w jego stronę. Leżał, wspierając głowę na ręce.
- Słodko wyglądasz, kiedy śpisz. - powiedział, a jego uśmiech sprawił, że się rozpłynęła. Poczuła rumieńce na twarzy. Wtedy zdała sobie sprawę, że musi wyglądać jak straszydło. Dopiero wstała.. Szybkim ruchem przejechała ręką po włosach, a z jej ust mimowolnie wydobyło się ziewnięcie. Czuła na sobie jego wzrok, oplatający jej całe ciało, czuła się naga, skrępowana. I przypomniała sobie jedną rzecz.
- Która godzina ? - spytała.
- Szczęśliwi nie liczą czasu. - odpowiedział.
- Ale to naprawdę ważne.. - nalegała.
- No skoro uważasz się za nieszczęśliwą, to jest po 16. - udawał, że narzeka. A ona wybałuszyła oczy. Po 16. Już jest po obiedzie...
Przecież on ją zabije.
-------------
Tak, więc taki króciuteńki. Będzie dłuższy, ale niestety KTOŚ mi już każe z laptopa zejść ;-------; DZIĘKUJĘ ZA TYLE KOMENTARZY i miłego czytania ;**
Gruszka
niedziela, 14 września 2014
Rozdział 6 " Silna "
I rzeczywistość znów powróciła wraz z trzaskiem drzwi. W panice rozejrzała się po pokoju i mimo bólu, który właśnie dał o sobie znać, zaczęła szybko zbierać wszystkie porozrzucane rzeczy. Na schodach rozległ się stukot ciężkich kroków. Przyspieszyła. Gdy ponownie się rozejrzała, pokój błyszczał. Dokładnie w tej chwili w drzwiach stanął mężczyzna o brązowych włosach.
- Noo.. - zaczął, bacznie lustrując pomieszczenie. - Spisałaś się. - tym razem spojrzał na nią, i zmierzył ją oceniając spojrzeniem. - Możesz dzisiaj liczyć na nagrodę.. - wypuściła powietrze. Kiedy je wciągnęła ? - .. ale kiedy dojeżdżałem do domu, jakiś młodzieniec szedł w przeciwną stronę. - Czy nie znasz go może ? - zapytał ostro, a jej serce przyspieszyło.
- Nie, tato, nie znam go. - powiedziała, siląc się na spojrzenie mu w oczy.
- Wierzę ci, ale jeśli mnie okłamałaś, pamiętaj jaka jest kara. - odpowiedział i odwrócił się na pięcie.
- Tak... tato. - szepnęła, gdy już odszedł. Obróciła się i znów wyjrzała przez okno, ale znajomej sylwetki już tam nie było.
Woda płynęła po jej twarzy, po plecach, włosach. Strumienie ciepłej wody delikatnie obmywały jej ciało, zmywały cały ból i napięcie, jak codzień. Jednak teraz coś się zmieniło. Woda już nie mieszała się ze słonymi łzami i nie było widać podpuchniętych oczu.
Gdy postawiła mokrą stopę na chłodnych kafelkach, przeszedł ją dreszcz. Złapała za gruby ręcznik i przyłożyła do twarzy. Nakryła nim plecy i podeszła do lustra. Zobaczyła obcą brunetkę. W jej intensywnie niebieskich oczach nie było widać strachu, lecz nadzieję, że wszystko się poukłada.
Tej nocy nie mogła spać. Cały czas myślała o słowach Jamesa. Przed oczami wciąż miała jego twarz. Zastanawiała się, jak to się stało, że jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole, z nią flirtował.
Gdy wieczorem siadała do stołu, pochwyciła spojrzenie swojej matki. I nie było one ganiące, ani smutne. Była szczęśliwa. Szczęśliwa, że jej córce dopisał los.
Jej myśli wciąż krążyły wokół tej jednej osoby. Nie mogła nawet na chwilę przestać o nim myśleć. Długo wpatrywała się w sms'a, którego otrzymała. Próbowała wymyślić, co mu odpisać. W końcu nie napisała nic.
Tego dnia więcej czasu zajęło jej przygotowywanie się do szkoły. Dziś chciała być ładna. Stała przed lustrem, w swoim pokoju, uważnie studiując swoje odbicie. Miętowe rurki zakrywały jej długie nogi, czarna bluzka była podwinięta do łokci. Jej wzrok skupiał się na rękach. Prawie do zgięcia w łokciu, pokrywały ją poziome kreski. Przymrużyła oczy i w końcu odwinęła rękawy. Wzięła szczotkę z półki i zaczęła rozczesywać długie pasma. Zastanawiała się, czy nie powinna ich już ściąć. Sięgały pasa. Zdecydowała, że takie zostawi. Starannie je ułożyła i znów przyglądała się odbiciu. Smukła twarz nie była już pokryta siniakami, zauważyła tylko lekki zarys tego przy skroni. Była chuda, bardzo chuda. Można było ją podejrzewać o anoreksje, choć wcale jej nie miała. Bluzka była dosyć obcisła. Delikatnie podkreślała jej krągłości i linię talii. Mimo swojej wagi była zgrabna.
Nałożyła na nogi czarne trampki, sięgające kostek, i zawiązała sznurówki. Lubiła czarny kolor. Dużo rzeczy w jej otoczeniu miało czarny kolor. Sznurowadła zawiązała podwójnie. Nieświadomie próbowała upodobnić się do ojca.
Dzisiaj wszystko było inne. Wyszła z domu z podniesioną głową, wyprostowała plecy. Nie chciała się już bać. Chciała cieszyć się życiem, nawet gdyby miało być jeszcze krótsze. Nie da się już zastraszyć Gale'owi Hawthornowi. Nie będzie taka jak jej mama. Będzie silna.
Przechodząc przez dziedziniec szkolny, starała się jak najmniej rozglądać. W końcu w ogóle przestała machać głową i szła prosto. Słyszała jak jej kroki odbijają się od ścian budynków wokół niej. Widziała przed sobą znajome i nowe twarze. Wszyscy patrzyli na nią. Czuła się jak jakiś potwór, jak coś dziwacznego. Odruchowo się przygarbiła i schowała głowę. Może jednak się bała, może jednak nie potrafiła być silna.. W uszach zaczęło jej szumieć, przestała słyszeć otaczające ją dźwięki. Szła dalej, nie wiedząc co się dzieje. Przez hałaśliwe bicie jej serca, dosłyszała czyjeś przyspieszone kroki. A wtedy ktoś złapał ją za dłoń. Przerażona, od razu wyrwała rękę, jakby ktoś ją poparzył.Zatrzymała się i spojrzała w tamtą stronę. Zdziwiła się. James stanął obok niej i szeroko się uśmiechnął, a w kącikach jego ust pojawiły się dołeczki.
- Cześć. - powiedział i ponownie ujął ją za dłoń. Zaczął iść, pociągając ją za sobą. - Co tam ? - zapytał pogodnie. Spojrzała w jego stronę. Patrzył przed siebie z wielkim uśmiechem.
- Cześć. - odpowiedziała. Znowu czuła na sobie spojrzenia wszystkich. Mocniej ścisnęła rękę chłopaka. - W porządku. - dodała.
Dalej trzymając się za ręce doszli do głównych schodów prowadzących do szkoły. James ją zatrzymał. Objął w talii, i nachylił się.
- Ładnie dziś wyglądasz. - szepnął jej do ucha, a jego język drażnił się z jej uchem. Znów poczuła dreszcz i rozchodzące się ciepło. Przygryzła wargę. Położyła głowę na jego ramieniu.
- Dziękuję. - odszepnęła. Sama siebie nie poznawała. Działała instynktownie, tak jak serce jej kazało. Objęła jego szyję.
- Czy piękna pani dałaby się dzisiaj zaprosić na spacer ?- zapytał cicho. Spojrzała mu w oczy. Serce podpowiadało jej by się zgodzić, ale gdzieś w głębi duszy słyszała głos Lauren. Widziała, że jego uśmiech delikatnie zbladł. Była córką Kosogłosa, buntowniczką.
- Z wielką chęcią. - odpowiedziała, a jego twarz znów rozjaśnił uśmiech.
- Będę po ciebie o 16. - poinformował.
Wtedy zadzwonił dzwonek.
- Noo.. - zaczął, bacznie lustrując pomieszczenie. - Spisałaś się. - tym razem spojrzał na nią, i zmierzył ją oceniając spojrzeniem. - Możesz dzisiaj liczyć na nagrodę.. - wypuściła powietrze. Kiedy je wciągnęła ? - .. ale kiedy dojeżdżałem do domu, jakiś młodzieniec szedł w przeciwną stronę. - Czy nie znasz go może ? - zapytał ostro, a jej serce przyspieszyło.
- Nie, tato, nie znam go. - powiedziała, siląc się na spojrzenie mu w oczy.
- Wierzę ci, ale jeśli mnie okłamałaś, pamiętaj jaka jest kara. - odpowiedział i odwrócił się na pięcie.
- Tak... tato. - szepnęła, gdy już odszedł. Obróciła się i znów wyjrzała przez okno, ale znajomej sylwetki już tam nie było.
Woda płynęła po jej twarzy, po plecach, włosach. Strumienie ciepłej wody delikatnie obmywały jej ciało, zmywały cały ból i napięcie, jak codzień. Jednak teraz coś się zmieniło. Woda już nie mieszała się ze słonymi łzami i nie było widać podpuchniętych oczu.
Gdy postawiła mokrą stopę na chłodnych kafelkach, przeszedł ją dreszcz. Złapała za gruby ręcznik i przyłożyła do twarzy. Nakryła nim plecy i podeszła do lustra. Zobaczyła obcą brunetkę. W jej intensywnie niebieskich oczach nie było widać strachu, lecz nadzieję, że wszystko się poukłada.
Tej nocy nie mogła spać. Cały czas myślała o słowach Jamesa. Przed oczami wciąż miała jego twarz. Zastanawiała się, jak to się stało, że jeden z najprzystojniejszych chłopaków w szkole, z nią flirtował.
Gdy wieczorem siadała do stołu, pochwyciła spojrzenie swojej matki. I nie było one ganiące, ani smutne. Była szczęśliwa. Szczęśliwa, że jej córce dopisał los.
Jej myśli wciąż krążyły wokół tej jednej osoby. Nie mogła nawet na chwilę przestać o nim myśleć. Długo wpatrywała się w sms'a, którego otrzymała. Próbowała wymyślić, co mu odpisać. W końcu nie napisała nic.
Tego dnia więcej czasu zajęło jej przygotowywanie się do szkoły. Dziś chciała być ładna. Stała przed lustrem, w swoim pokoju, uważnie studiując swoje odbicie. Miętowe rurki zakrywały jej długie nogi, czarna bluzka była podwinięta do łokci. Jej wzrok skupiał się na rękach. Prawie do zgięcia w łokciu, pokrywały ją poziome kreski. Przymrużyła oczy i w końcu odwinęła rękawy. Wzięła szczotkę z półki i zaczęła rozczesywać długie pasma. Zastanawiała się, czy nie powinna ich już ściąć. Sięgały pasa. Zdecydowała, że takie zostawi. Starannie je ułożyła i znów przyglądała się odbiciu. Smukła twarz nie była już pokryta siniakami, zauważyła tylko lekki zarys tego przy skroni. Była chuda, bardzo chuda. Można było ją podejrzewać o anoreksje, choć wcale jej nie miała. Bluzka była dosyć obcisła. Delikatnie podkreślała jej krągłości i linię talii. Mimo swojej wagi była zgrabna.
Nałożyła na nogi czarne trampki, sięgające kostek, i zawiązała sznurówki. Lubiła czarny kolor. Dużo rzeczy w jej otoczeniu miało czarny kolor. Sznurowadła zawiązała podwójnie. Nieświadomie próbowała upodobnić się do ojca.
Dzisiaj wszystko było inne. Wyszła z domu z podniesioną głową, wyprostowała plecy. Nie chciała się już bać. Chciała cieszyć się życiem, nawet gdyby miało być jeszcze krótsze. Nie da się już zastraszyć Gale'owi Hawthornowi. Nie będzie taka jak jej mama. Będzie silna.
Przechodząc przez dziedziniec szkolny, starała się jak najmniej rozglądać. W końcu w ogóle przestała machać głową i szła prosto. Słyszała jak jej kroki odbijają się od ścian budynków wokół niej. Widziała przed sobą znajome i nowe twarze. Wszyscy patrzyli na nią. Czuła się jak jakiś potwór, jak coś dziwacznego. Odruchowo się przygarbiła i schowała głowę. Może jednak się bała, może jednak nie potrafiła być silna.. W uszach zaczęło jej szumieć, przestała słyszeć otaczające ją dźwięki. Szła dalej, nie wiedząc co się dzieje. Przez hałaśliwe bicie jej serca, dosłyszała czyjeś przyspieszone kroki. A wtedy ktoś złapał ją za dłoń. Przerażona, od razu wyrwała rękę, jakby ktoś ją poparzył.Zatrzymała się i spojrzała w tamtą stronę. Zdziwiła się. James stanął obok niej i szeroko się uśmiechnął, a w kącikach jego ust pojawiły się dołeczki.
- Cześć. - powiedział i ponownie ujął ją za dłoń. Zaczął iść, pociągając ją za sobą. - Co tam ? - zapytał pogodnie. Spojrzała w jego stronę. Patrzył przed siebie z wielkim uśmiechem.
- Cześć. - odpowiedziała. Znowu czuła na sobie spojrzenia wszystkich. Mocniej ścisnęła rękę chłopaka. - W porządku. - dodała.
Dalej trzymając się za ręce doszli do głównych schodów prowadzących do szkoły. James ją zatrzymał. Objął w talii, i nachylił się.
- Ładnie dziś wyglądasz. - szepnął jej do ucha, a jego język drażnił się z jej uchem. Znów poczuła dreszcz i rozchodzące się ciepło. Przygryzła wargę. Położyła głowę na jego ramieniu.
- Dziękuję. - odszepnęła. Sama siebie nie poznawała. Działała instynktownie, tak jak serce jej kazało. Objęła jego szyję.
- Czy piękna pani dałaby się dzisiaj zaprosić na spacer ?- zapytał cicho. Spojrzała mu w oczy. Serce podpowiadało jej by się zgodzić, ale gdzieś w głębi duszy słyszała głos Lauren. Widziała, że jego uśmiech delikatnie zbladł. Była córką Kosogłosa, buntowniczką.
- Z wielką chęcią. - odpowiedziała, a jego twarz znów rozjaśnił uśmiech.
- Będę po ciebie o 16. - poinformował.
Wtedy zadzwonił dzwonek.
Post Informacyjny :)
Hi xD
Tak, wiem, nie wstawiałam jeszcze żadnego takiego posta, ale w końcu nadszedł na niego czas ! :D cieszcie się i radujcie ;3 niee, żartuję ;) Po pierwsze bardzo bym chciała podziękować za ponad 1000 wejść !! :D ( tak An, fejm rośnie xDDD ) to bardzo miłe wiedzieć, że ktoś to czyta :) a no i jeszcze chciałabym podziękować za miłe komentarze. Kosogłos ( tak, kreatywna nazwa :D ) - miło wiedzieć, że czytałaś c; dziękuję za taką opinię :) ( choć wciąż uważam to za kłamstwa ;d ). IssabelleLavigne - miło wiedzieć, że tak się przejmujesz xDDD na początku sądziłam, że nikt tego nie czyta i że jest to beznadziejny blog ( i nadal tak sądzę ;---; ), ale skoro chcecie to czytać, to nie będę Wam tego odbierać :D Za chwilę powinien się pojawić nowy rozdział.
Zapraszam do obszernych komentarzy, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych ( choć nie zasłużyłam ). Na pewno wezmę je sobie do serca.
Gruszka :)
Tak, wiem, nie wstawiałam jeszcze żadnego takiego posta, ale w końcu nadszedł na niego czas ! :D cieszcie się i radujcie ;3 niee, żartuję ;) Po pierwsze bardzo bym chciała podziękować za ponad 1000 wejść !! :D ( tak An, fejm rośnie xDDD ) to bardzo miłe wiedzieć, że ktoś to czyta :) a no i jeszcze chciałabym podziękować za miłe komentarze. Kosogłos ( tak, kreatywna nazwa :D ) - miło wiedzieć, że czytałaś c; dziękuję za taką opinię :) ( choć wciąż uważam to za kłamstwa ;d ). IssabelleLavigne - miło wiedzieć, że tak się przejmujesz xDDD na początku sądziłam, że nikt tego nie czyta i że jest to beznadziejny blog ( i nadal tak sądzę ;---; ), ale skoro chcecie to czytać, to nie będę Wam tego odbierać :D Za chwilę powinien się pojawić nowy rozdział.
Zapraszam do obszernych komentarzy, zarówno negatywnych, jak i pozytywnych ( choć nie zasłużyłam ). Na pewno wezmę je sobie do serca.
Gruszka :)
Rozdział 5 " Tęsknię "
Jej świat runął. Została pustka. Właśnie się dowiedziała, że przez 16 lat była wychowywana i bita, przez obcego człowieka. Teraz zrozumiała, dlaczego ma takie oczy, takie nazwisko.
- Dla.. Dlaczego dopiero teraz mi o tym powiedziałaś ? - spytała, wpatrując się w jedną z gwiazd za oknem, nieobecnym wzrokiem. - Dlaczego przez tyle lat pozwalałaś, żeby ten drań mnie katował, torturował, więził i głodził ? Czemu ty, Zwyciężczyni, Kosogłos, nie postawiłaś się mu ? Jak mogłaś ? - powiedziała z żalem, a z jej oczu popłynęły łzy.
- Bo bałam się go, ja też cierpiałam, ja też byłam bita, głodzona... wykorzystywana... - dodała. - Nie potrafiłam. Byłaś jeszcze malutka, kiedy Peeta wyruszył na wojnę. Ja się bałam, że nie dam rady cię wychować, że sobie nie poradzę... Gale zaproponował pomoc, miał mi pomagać, ale w końcu zmusił mnie do ślubu. Siłą. Myślałam, że Peeta nie żyje. - odpowiedziała ze smutkiem.
- To znaczy, że Lucas nie jest moim prawdziwym bratem ? - Jej matka kiwnęła głowę i wtuliła twarz w miekką kordłę. Leżały jakąś godzinę, w zupełnej ciszy, zakłucanej tylko ich szlochami. Każda płakała z innego powodu. Matka, ze smutku, córka, z żalu. W końcu Camille doszła do siebie.
- Opowiedz mi o nim. - zażądała. Katniss powoli podniosła głowę, i niepewnie spojrzała na córkę. Przygryzła wargę.
- Nazywa się Peeta Mellark. Ma oczy koloru morza i blond loki. Był synem piekarza. Miał niesamowity talent do malowania. Odziedziczyłaś go po nim... - powiedziała niepewnie. - Jego ulubionym kolorem jest pomarańczowy, ale nie taki pstrokaty. Taki jak zachód słońca. Zawsze zawiązuje sznurówki podwójnie. Ciągle się uśmiechał.. zarażał swoim uśmiechem. Bardzo ciebie kochał i na pewno nadal kocha. Ta koszula.. - złapała za rąbek materiału. - Dostałam ją od niego. Na pewno chciał, żebyś kiedyś ją dostała - wydusiła, siląc się by nie wybuchnąć płaczem. - Twoją chrzestną jest Johanna, chrzestnym Haymitch Abernathy... Razem go wybraliśmy. Miałaś się nazywać Rose albo Suzanne. Nie wiem czy Haymitch jeszcze żyje. Nie wiem czy pozostali żyją. Wszyscy się ode mnie odwrócili po ślubie z Gale'm.
- Mamo, chcę go poznać. - oznajmiła nagle brunetka z niezwykłą determinacją. I choć wciąż czuła ogromny żal do swojej matki, to była w stanie ją zrozumieć. - Chcę nazywać się Camille Mellark.
Od tamtej rozmowy minął prawie tydzień. Tamta determinacja już nie wróciła, zastąpiona lękiem, bólem i cierpieniem. Kolejne wieczory mijały wypełnione płaczem i krzykiem, na nadgarstkach zaczęły pojawiać się blizny. Przez ten tydzień nie zjawiła się w szkole. Jej sina twarz za bardzo rzucała się w oczy. Po tamtej rozmowie, obudził się jej " ojciec ". Kara była nieunikniona.
W kolejny poniedziałek, Camille też nie poszła do szkoły. Rany były tak duże, że musiała trochę dłużej poleżeć. Prawie umarła..
W domu rozległo się donośne pukanie. Drzwi otworzyła matka Camille.
- Dzień Dobry. Jest może Camille ? Pomyślałem, że mógłbym jej przynieść lekcje, bo dawno jej nie było w szkole.. - usłyszała. Brunetka szeroko otworzyła oczy. Nie. To niemożliwe. To jej się śni. On nie mógł tu przyjść.
- Jasne, wejdź. - odpowiedziała Katniss. W jej słowach było słychać uśmiech.
- Tak w ogóle, nazywam się James Pulcher. Chodzę z Camille do klasy. - Niemal widziała jego uśmiech. Na ten widok miękły jej kolana. Słyszała kroki. Zerwała się z łóżka trochę za szybko, w żebrach poczuła ból. Mimo to powlokła się do lustra i przygładziła włosy. Potem znów usadowiła się na łóżku i powróciła do poprzedniej czynności. Na kartce powoli powstawał zachód słońca. Ciepłe odcienie powoli wpływały na kartkę. Wtedy rozległo się ciche pukanie. Spojrzała w tamtą stronę i na prawdę nie mogła uwierzyć. Stał, z tym uśmiechem, i patrzył na nią. To był sen. To na pewno był sen.
- Cześć. - powiedział, a Camille poczuła jak w jej brzuchu chmara motyli wzleciała w powietrze.
- Cześć. - odpowiedziała. Wtedy na jej twarzy rozkwitł uśmiech. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz się uśmiechała, ale cudowie było być znów szczęśliwym.
- Nie widziałem jeszcze, żebyś się uśmiechała. - stwierdził, jakby czytając w jej myślach. - Masz piękny uśmiech. - Błękitnooka poczuła na policzkach rumieńce. Spuściła głowę i założyła kosmyk włosów za ucho.
- Dziękuję. - powiedziała cicho. Delikatne kroki przerwały krępującą ciszę. Chłopak usiadł koło niej i spojrzał na zeszyt, leżący na jej kolanach.
- Ładnie rysujesz. - stwierdził podnosząc wzrok na jej twarz. Camille pomyślała, że słodko wygląda z przekrzywioną głową.
- Znowu dziękuję. - odpowiedziała. Wpatrywali się w siebie. Ciszę przerwał James.
- To od czego chcesz zacząć ? - spytał. Przez chwilę nie rozumiała, i tylko wpatrywała się w niego, ale już po chwili wstała. Znów za szybko. Zgięła się w pół i wciągnęła powietrze. Stanął obok, obejmując w talii.
- Co się stało ? - zadał pytanie, a dziewczyna słyszała w jego głosie coś na kształt troski. Poczuła lekkie ukłucie w sercu. Wyprostowała się, wypuszczając powietrze, a on wciąż jej nie puszczał. W miejscu, gdzie jego skóra stykała się z jej, czuła lekkie mrowienie.
- Nie, nic mi nie jest. - odwróciła głowę w jego stronę, żeby spojrzeć mu w oczy. I utonęła. Zapadła się w głębii jego oczu. Była niższa o zaledwie parę centymetrów. Czuła jego ciepły oddech na twarzy. Poczuła, że jej wszystkie troski nagle znikają. Ciaśniej ją objął. Spojrzała się na linię jego warg, na zarys brody, nosa, aż w końcu ponownie dotarła do oczu. Wpatrywał się w nią. Czuła, że ogarnia ją fala gorąca. Z trudem odwróciła wzrok i wyplątała się z jego objęć.
- Too.. może od matematyki ? - zaproponowała, próbując zejść na lżejszy temat.
- Jasne. - odpowiedział, trochę zakłopotany. Ale po chwili znów przywołał wcześniejszą pewność. Brunetka wyciągnęła wszystkie potrzebne rzeczy i rozłożyła je na łóżku. Razem usiedli, naprzeciwko siebie, i zaczęli rozwiązywać zadania.
Gdzieś koło popołudnia skończyli pracę. Twarz bolała ją od nadmiernego uśmiechania się.
- Dziękuję. - powiedziała. Kolejny uśmiech.
- Mówisz to już któryś raz. - stwierdził, rozbrajając ją uśmiechem. Zachichotała.
- Bo naprawdę jestem ci wdzięczna. - oznajmiła, zgodnie z prawdą.
- A mi naprawdę było przyjemnie. - Jego uśmiech ją dekoncentrował. Nie mogła się skupić. Wpatrywała się w niego, zauroczona. Spojrzał na linię jej ust, ponownie w jej oczy. Nie było widać w nich rezygnacji. Pochylił się lekko, a ich wargi dzieliły centymetry. Wtedy Camille zerknęła na zegarek i gwałtownie się zerwała. Przez chwilę zapomniała o bólu. Podbiegła do okna, utykając, i wyjrzała. Jakieś dwa kilometry dalej, zauważyła czarnego Hyundaia.
- Coś nie tak ? - zadał pytanie. Zmarszczył brwi. Camille otworzyła szeroko oczy.
- Mój ojciec wraca, musisz już iść. - powiedziała na jednym wydechu.
- Dlaczego ?
- Przepraszam, na prawdę musisz już iść. - powtórzyła. W jej głosie było słychać strach.
- Dobrze. - szepnął. - Ale najpierw daj mi swój numer. - złapał ją za rękę. Mimo sytuacji ponownie się uśmiechnęła.
- Okay. - odpowiedziała, dostosowując głos do jego tonu. Podeszła do szafki nocnej i sięgnęła po komórkę. Wróciła do niego, klikając coś w telefonie. Wyjął swoją komórkę. Wstukaj jakiś kod i spisał podany kontakt telefonu. Odprowadziła go do drzwi, pożegnała. Ze swojego pokoju wciąż patrzyła jak odchodzi. Usłyszała ciche pikanie. Odwróciła się i zobaczyła, że ekranik telefonu się zaświecił. Sprawdziła.
" Tęsknię. "
Poczuła, że unosi się nad ziemię.
sobota, 13 września 2014
Rozdział 4 " Niebieski "
Wracając ze szkoły, próbowała złapać w ręce powierze. Tańczyła na ukwieconej łące, wplątywała kolorowe kwiaty we włosy. Znajdowała różne kształty chmur na błękitnym niebie, rozmawiała ze słońcem.Śpiewała kosogłosom piosenki, a potem słuchała jak powtarzają. Biegła przez pola usiane zbożem, gdzieniegdzie znajdując czerwone maki. To były jej ulubione kwiaty. Wyróżniały się spośród innych. Tak jak ona.
Wtedy czuła się sobą, tam była szczęśliwa, czuła się bezpieczna, tak się uspokajała. Widziała kolory świata, same dobre strony. Lecz kiedy tylko przekraczała próg swojego domu, wszystko stawało się szare. Poczucie bezpieczeństwa i szczęścia, ulatywało jak wiatr, pędzacy przez świat. Często wyobrażała sobie, że łapie jego ogon i ucieka od tego świata, znika. Ale to były tylko wyobrażenia, wymyślone mary, którymi mogła się cieszyć tylko w snach. Choć nawet wtedy nie do końca była pewna czy nagle nie znikną. Często budził ją budzik lub płacz Lucasa, czasem był to też krzyk.
Zeszyty leżały rozłożone na całym biurku, a zgarbiona postać, ślęczała nad jednym z nich. Wypisywała te wszystkie słowa i zdania, bzdury i głupstwa, opowiadające o dobroci tego świata. W końcu skończyła i spakowała wszystko do plecaka. Po głowie krążyły jej różne myśli. Czytając podręcznik od historii, miała wrażenie jakby ktoś siłą wyrwał z niego niektóre, niepotrzebne wydarzenia. Tylko po co ?
Kolacja została podana do stołu, punktualnie o 19. Jak zwykle składająca się z dwóch, prawie pustych talerzy, jednego pełnego i średniej miseczki. Tym razem na jej talerzu leżała kanapka, ozdobiona plasterkiem żółtego sera, tak samo jak na talerzu obok. Lucas otrzymał zupkę. Punktualnie o 19, cała czwórka zasiadła do stołu. Camille opróżniała swój talerz łapczywie, jakby się bała, że zaraz zniknie. Kawałek chleba szybko znalazł w jej żołądku. Jednak nie wstała od stołu. Wpatrywała się jak jej ojciec, wolno delektuje się swoją jajecznicą na bekonie i kilkoma kanapkami, a ślina sama napływała jej do ust. Taka była zasada- czekać aż wszyscy zjedzą. Wiedziała, że zawiera ona głębsze przesłanie.
Gdy w końcu, mężczyzna skończył tortury i zezwolił na opuszczenie pomieszczenia, Camille pobiegła na górę. Z impetem rzuciła się na łóżko i włożyła do ucha słuchawkę. Zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać. Odstresowywała się po całym dniu.
Ciepła kołdra otulała jej zmarznięte ciało. Wpatrywała się w okno, myśląc, że uda jej się policzyć gwiazdy. Za każdym razem jednak się myliła, choć się nie poddawała. W końcu dała sobie spokój. Opuściła powieki, a przed jej oczami mimowolnie pojawił się obraz. Brązowe włosy, czekoladowe oczy, pełne usta, dołeczki w policzkach.. Westchnęła z rozmarzeniem. Któryś już dzisiaj raz, powtórzyła w myślach tamtą sytuację. Jej ręka znów powęrdowała w miejsce, gdzie jeszcze pare godzin temu musnęły ją opuszki jego palców. Znała go od IV klasy, ale jeszcze nigdy z nim nie rozmawiała. Wciąż miała w pamięci jego piękny, lekko ochrypnięty głos. Przłknęła ślinę. " Nie myśl. Przestań. Nie możesz. " - powtarzała w myślach. Ale to nie pomagało. James nie chciał jej wyjść z głowy.
Ciche kroki wyrwały ją z macek wspomnień. Spojrzała w stronę drzwi i zobaczyła, widoczne nawet w ciemności, matczyne, szare oczy. Zarumieniła się, jakby ktoś przyłapał ją na czymś zakazanym, w duchu modląc się by w ciemności tego nie było widać. Lekki uśmiech wpłynął na twarz jej matki, kiedy przysiadła na łóżku swojej córki. Pogłaskała ją po policzku. Wyglądała na zmęczoną, a w jej oczach było widać zmartwienie, smutek i niepewność. Przygryzła wargę.
- Chyba przyszedł czas, żebym ci coś powiedziała.. - szepnęła, po krótkiej ciszy, a serce Camille gwałtownie przyspieszyło. - Z pewnością słyszałaś o Głodowych Igrzyskach, o rewolucji, o prezydencie Snowie..- na chwilę przerwała, wymawiając to nazwisko. - Słyszałaś, prawda ?
- Tak, mamo.- odpowiedziała niepewnie dziewczyna.
- I na pewno uczyłaś o 74. i 75. Igrzyskach, które kończyły tę niegodziwą grę ? - Błękitnooka pokiwała głową. - A ktoś ci mówił o Trybutach, którzy wtedy walczyli na arenie ? - spytała, a z jej oka popłynęła łza. Camille zawachała się.
- Wiem, że 74. Igrzyska zakończyły się dwójką Zwycięzców, a 75. w ogóle nie zostały skończone przez rewolucję...- odpowiedziała, jak na lekcji. Katniss kiwnęła głową.
- Chciałam ci powiedzieć, kim byli ci Trybuci...- zaczęła powoli,ostrożnie wypowiadając każde słowo. Brunetka zmarszyła brwi, ale skinęła. - Więc, Zwycięzcami 74. Igrzysk Głodowych był Peeta Mellark i ... - przerwała, a łzy zaczęły gęściej spływać z jej oczu. - I ja.
Camille przez chwilę przestała oddychać, jej serce zamarło. Jej mama była Zwyciężczynią ?
- Do tamtych Igrzysk została wylosowana moja siostra, Prim, zgłosiłam się za nią. Była za młoda, by zginąć. Peeta został wylosowany, była to najgorsza rzecz w moim życiu, ponieważ kiedyś uratował mi życie, a ja miałam z nim walczyć na arenie. Ale on nie miał takiego zamiaru, bo mnie kochał. I chciał mnie za wszelką cenę uratować. Wygraliśmy oboje. - Jej matka miała siostrę ? Chłopak, który uratował jej mamie życie, uratował ją też na arenie ? Ile jeszcze nie wiedziała o swojej matce ? - W 75. Igrzyskach było odwrotnie. To ja zostałam wylosowana, Peeta zgłosił się za Haymitcha, naszego mentora. Były to Igrzyska Zwycięzców. Na tamtej arenie zginęło wielu moich przyjaciół.. Wires, Mags.. Były moimi sojuszniczkami. Do naszego Sojuszu należał także Beete, drugi Trybut z Trójki, razem z Wires, Johanna, którą zdążyłaś poznać, Finnick.. - Camille jej przerwała.
- Ten Finnick ? Finnick Odair ?- zapytała z niedowierzaniem. Szeroko otworzyła oczy.
- Tak, ten Finnick. - kontynuowała. - Ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wszystko była część rewolucji. To ja byłam Kosogłosem.- Oczy dziewczyny osiągnęły maksmalne rozmiary. - To żart ?
- Nie, słonko. To nie żart. - odpowiedziała. Camille była w szoku. Właśnie się dowiedziała, że jej mama była Trybutem, miała siostrę, uczestniczyła w rewolucji, a żeby tego było mało była jej głową, Kosogłosem. Machnęła ręką, oczekując kontynuacji.
- Zakochałam się w Peecie. Robiłam wszystko, żeby go uratować. Ratowaliśmy się nawzajem, oboje byliśmy gotowi skoczyć w ogień, by to drugie przeżyło. Ale kiedy się rozdzieliliśmy na arenie, to był ostatni raz kiedy widziałam go normalnego. To on mi go zabrał, ten drań ! - powiedziała, z goryczą, a jej oczy przypominały wodospad łez. - Prezydent Snow go osaczył. - powiedziała, a potem kompletnie się rozkleiła. Brunetka wiedziała, co to znaczyło. I była przerażona. Słuchała szlochu swojej matki, a w jej głowie buzowały myśli.
- Kiedy go odbiliśmy, próbował mnie udusić, myślał, że jestem zmiechem, nie pamiętał mnie. Leczyli go, próbowali wszystkiego, ale były marne szanse na jego powrót do zdrowia. Potem była rewolucja, razem z Finnickiem, Gale'm, Peetą, i kilkoma osobami, których nie znasz, tworzyliśmy Drużynę Gwiazd. Naszym zadaniem, było głównie bieganie z bronią i nagrywanie propagand. Podczas tej rewolucji zginął Finnick, ratując mi życie. Uratował mi życie, a ja na początku miałam go za takiego dupka. Zginął, zostawiając swoją żonę, Annie, w ciąży. Jego ciało rozszarpywane przez zmiechy śni mi się do dzisiaj. - jęknęła. - Ale Peeta przeżył, wyzdrowiał. Potem zginęła Prim, w wybuchu spowodowanym prze Gale' a. - Złość zalśniła w jej oczach. - Ale mu wybaczyłam. Teraz wiem, że nie powinnam tego robić. Z przyjaciela, który mi pomagał kiedy byłam dzieckiem, został zaledwie strzępek. Został tyran. - dodała ciszej. - Po jej śmierci nie mogłam się pozbierać, popadłam w depresję. Ale Peeta mi pomógł, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Ja, kiedy nadchodził atak, on, kiedy moje koszmary nie dawały mi spać. Choć już nie byliśmy na arenie, wciąż się chroniliśmy. Żyło mi się dobrze, kochałam go ponad życie, ale wszystko wydawało się za szczęśliwe, żeby mogło być prawdziwe... I wtedy wybuchła kolejna wojna. Peeta został wezwany. Błagałam, płakałam, prosiłam, ale to nic nie dało. I tak ruszył. Od tamtej chwili go nie widziałam. Związałam się z twoim ... ojcem. - zakończyła. Camille była w rozsypce. Tak wiele nie wiedziała, za dużo dowiedziała się naraz, musiała to wszystko przemyśleć.
- Jest jeszcze coś o czym powinnaś wiedzieć...- szepnęła Katniss, patrząc prosto w niebieskie oczy. - Zastanawiałaś się kiedyś nad kolorem swoich oczu ?
- Mamo, jaki kolor oczu miał Peeta Mellark ? - Dziewczyna zamknęła oczy. Przełknęła ślinę. Od tej odpowiedzi wiele zależało.
- Niebieski.
Wtedy czuła się sobą, tam była szczęśliwa, czuła się bezpieczna, tak się uspokajała. Widziała kolory świata, same dobre strony. Lecz kiedy tylko przekraczała próg swojego domu, wszystko stawało się szare. Poczucie bezpieczeństwa i szczęścia, ulatywało jak wiatr, pędzacy przez świat. Często wyobrażała sobie, że łapie jego ogon i ucieka od tego świata, znika. Ale to były tylko wyobrażenia, wymyślone mary, którymi mogła się cieszyć tylko w snach. Choć nawet wtedy nie do końca była pewna czy nagle nie znikną. Często budził ją budzik lub płacz Lucasa, czasem był to też krzyk.
Zeszyty leżały rozłożone na całym biurku, a zgarbiona postać, ślęczała nad jednym z nich. Wypisywała te wszystkie słowa i zdania, bzdury i głupstwa, opowiadające o dobroci tego świata. W końcu skończyła i spakowała wszystko do plecaka. Po głowie krążyły jej różne myśli. Czytając podręcznik od historii, miała wrażenie jakby ktoś siłą wyrwał z niego niektóre, niepotrzebne wydarzenia. Tylko po co ?
Kolacja została podana do stołu, punktualnie o 19. Jak zwykle składająca się z dwóch, prawie pustych talerzy, jednego pełnego i średniej miseczki. Tym razem na jej talerzu leżała kanapka, ozdobiona plasterkiem żółtego sera, tak samo jak na talerzu obok. Lucas otrzymał zupkę. Punktualnie o 19, cała czwórka zasiadła do stołu. Camille opróżniała swój talerz łapczywie, jakby się bała, że zaraz zniknie. Kawałek chleba szybko znalazł w jej żołądku. Jednak nie wstała od stołu. Wpatrywała się jak jej ojciec, wolno delektuje się swoją jajecznicą na bekonie i kilkoma kanapkami, a ślina sama napływała jej do ust. Taka była zasada- czekać aż wszyscy zjedzą. Wiedziała, że zawiera ona głębsze przesłanie.
Gdy w końcu, mężczyzna skończył tortury i zezwolił na opuszczenie pomieszczenia, Camille pobiegła na górę. Z impetem rzuciła się na łóżko i włożyła do ucha słuchawkę. Zamknęła oczy i zaczęła głęboko oddychać. Odstresowywała się po całym dniu.
Ciepła kołdra otulała jej zmarznięte ciało. Wpatrywała się w okno, myśląc, że uda jej się policzyć gwiazdy. Za każdym razem jednak się myliła, choć się nie poddawała. W końcu dała sobie spokój. Opuściła powieki, a przed jej oczami mimowolnie pojawił się obraz. Brązowe włosy, czekoladowe oczy, pełne usta, dołeczki w policzkach.. Westchnęła z rozmarzeniem. Któryś już dzisiaj raz, powtórzyła w myślach tamtą sytuację. Jej ręka znów powęrdowała w miejsce, gdzie jeszcze pare godzin temu musnęły ją opuszki jego palców. Znała go od IV klasy, ale jeszcze nigdy z nim nie rozmawiała. Wciąż miała w pamięci jego piękny, lekko ochrypnięty głos. Przłknęła ślinę. " Nie myśl. Przestań. Nie możesz. " - powtarzała w myślach. Ale to nie pomagało. James nie chciał jej wyjść z głowy.
Ciche kroki wyrwały ją z macek wspomnień. Spojrzała w stronę drzwi i zobaczyła, widoczne nawet w ciemności, matczyne, szare oczy. Zarumieniła się, jakby ktoś przyłapał ją na czymś zakazanym, w duchu modląc się by w ciemności tego nie było widać. Lekki uśmiech wpłynął na twarz jej matki, kiedy przysiadła na łóżku swojej córki. Pogłaskała ją po policzku. Wyglądała na zmęczoną, a w jej oczach było widać zmartwienie, smutek i niepewność. Przygryzła wargę.
- Chyba przyszedł czas, żebym ci coś powiedziała.. - szepnęła, po krótkiej ciszy, a serce Camille gwałtownie przyspieszyło. - Z pewnością słyszałaś o Głodowych Igrzyskach, o rewolucji, o prezydencie Snowie..- na chwilę przerwała, wymawiając to nazwisko. - Słyszałaś, prawda ?
- Tak, mamo.- odpowiedziała niepewnie dziewczyna.
- I na pewno uczyłaś o 74. i 75. Igrzyskach, które kończyły tę niegodziwą grę ? - Błękitnooka pokiwała głową. - A ktoś ci mówił o Trybutach, którzy wtedy walczyli na arenie ? - spytała, a z jej oka popłynęła łza. Camille zawachała się.
- Wiem, że 74. Igrzyska zakończyły się dwójką Zwycięzców, a 75. w ogóle nie zostały skończone przez rewolucję...- odpowiedziała, jak na lekcji. Katniss kiwnęła głową.
- Chciałam ci powiedzieć, kim byli ci Trybuci...- zaczęła powoli,ostrożnie wypowiadając każde słowo. Brunetka zmarszyła brwi, ale skinęła. - Więc, Zwycięzcami 74. Igrzysk Głodowych był Peeta Mellark i ... - przerwała, a łzy zaczęły gęściej spływać z jej oczu. - I ja.
Camille przez chwilę przestała oddychać, jej serce zamarło. Jej mama była Zwyciężczynią ?
- Do tamtych Igrzysk została wylosowana moja siostra, Prim, zgłosiłam się za nią. Była za młoda, by zginąć. Peeta został wylosowany, była to najgorsza rzecz w moim życiu, ponieważ kiedyś uratował mi życie, a ja miałam z nim walczyć na arenie. Ale on nie miał takiego zamiaru, bo mnie kochał. I chciał mnie za wszelką cenę uratować. Wygraliśmy oboje. - Jej matka miała siostrę ? Chłopak, który uratował jej mamie życie, uratował ją też na arenie ? Ile jeszcze nie wiedziała o swojej matce ? - W 75. Igrzyskach było odwrotnie. To ja zostałam wylosowana, Peeta zgłosił się za Haymitcha, naszego mentora. Były to Igrzyska Zwycięzców. Na tamtej arenie zginęło wielu moich przyjaciół.. Wires, Mags.. Były moimi sojuszniczkami. Do naszego Sojuszu należał także Beete, drugi Trybut z Trójki, razem z Wires, Johanna, którą zdążyłaś poznać, Finnick.. - Camille jej przerwała.
- Ten Finnick ? Finnick Odair ?- zapytała z niedowierzaniem. Szeroko otworzyła oczy.
- Tak, ten Finnick. - kontynuowała. - Ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to wszystko była część rewolucji. To ja byłam Kosogłosem.- Oczy dziewczyny osiągnęły maksmalne rozmiary. - To żart ?
- Nie, słonko. To nie żart. - odpowiedziała. Camille była w szoku. Właśnie się dowiedziała, że jej mama była Trybutem, miała siostrę, uczestniczyła w rewolucji, a żeby tego było mało była jej głową, Kosogłosem. Machnęła ręką, oczekując kontynuacji.
- Zakochałam się w Peecie. Robiłam wszystko, żeby go uratować. Ratowaliśmy się nawzajem, oboje byliśmy gotowi skoczyć w ogień, by to drugie przeżyło. Ale kiedy się rozdzieliliśmy na arenie, to był ostatni raz kiedy widziałam go normalnego. To on mi go zabrał, ten drań ! - powiedziała, z goryczą, a jej oczy przypominały wodospad łez. - Prezydent Snow go osaczył. - powiedziała, a potem kompletnie się rozkleiła. Brunetka wiedziała, co to znaczyło. I była przerażona. Słuchała szlochu swojej matki, a w jej głowie buzowały myśli.
- Kiedy go odbiliśmy, próbował mnie udusić, myślał, że jestem zmiechem, nie pamiętał mnie. Leczyli go, próbowali wszystkiego, ale były marne szanse na jego powrót do zdrowia. Potem była rewolucja, razem z Finnickiem, Gale'm, Peetą, i kilkoma osobami, których nie znasz, tworzyliśmy Drużynę Gwiazd. Naszym zadaniem, było głównie bieganie z bronią i nagrywanie propagand. Podczas tej rewolucji zginął Finnick, ratując mi życie. Uratował mi życie, a ja na początku miałam go za takiego dupka. Zginął, zostawiając swoją żonę, Annie, w ciąży. Jego ciało rozszarpywane przez zmiechy śni mi się do dzisiaj. - jęknęła. - Ale Peeta przeżył, wyzdrowiał. Potem zginęła Prim, w wybuchu spowodowanym prze Gale' a. - Złość zalśniła w jej oczach. - Ale mu wybaczyłam. Teraz wiem, że nie powinnam tego robić. Z przyjaciela, który mi pomagał kiedy byłam dzieckiem, został zaledwie strzępek. Został tyran. - dodała ciszej. - Po jej śmierci nie mogłam się pozbierać, popadłam w depresję. Ale Peeta mi pomógł, pomagaliśmy sobie wzajemnie. Ja, kiedy nadchodził atak, on, kiedy moje koszmary nie dawały mi spać. Choć już nie byliśmy na arenie, wciąż się chroniliśmy. Żyło mi się dobrze, kochałam go ponad życie, ale wszystko wydawało się za szczęśliwe, żeby mogło być prawdziwe... I wtedy wybuchła kolejna wojna. Peeta został wezwany. Błagałam, płakałam, prosiłam, ale to nic nie dało. I tak ruszył. Od tamtej chwili go nie widziałam. Związałam się z twoim ... ojcem. - zakończyła. Camille była w rozsypce. Tak wiele nie wiedziała, za dużo dowiedziała się naraz, musiała to wszystko przemyśleć.
- Jest jeszcze coś o czym powinnaś wiedzieć...- szepnęła Katniss, patrząc prosto w niebieskie oczy. - Zastanawiałaś się kiedyś nad kolorem swoich oczu ?
- Mamo, jaki kolor oczu miał Peeta Mellark ? - Dziewczyna zamknęła oczy. Przełknęła ślinę. Od tej odpowiedzi wiele zależało.
- Niebieski.
piątek, 12 września 2014
Rozdział 3 " Normalne życie "
Nie zdążyła przejść metra, kiedy znów musiała się zatrzymać.
- Stój ! - usłyszała donośny, melodyjny głos. Nie przyszło jej do głowy, że ona mogła mówić do niej. Nikt, nigdy się do niej nie odzywał. Nigdy. Oprócz tych wyzwisk, i śmiechów.... Przez chwilę, przeleciało jej przez głowę, że jednak coś się zmieniło.
- Powiedziałam, stój, dziwolągu !- wrzasnęła dziewczyna. Teraz już nie miała, co do tego złudzeń. Stanęła i z niepewnością odwróciła się. Jakieś parę metrów od niej stała, dziewczyna ze swoją bandą. Stała, z założonymi rękami, a jej rude włosy spływały falistymi pasmami na plecy. Na jej twarzy gościł złośliwy uśmieszek. Ruszyła pewnym krokiem ku Camille. Stanęła przed nią i uniosła dumnie podbródek. Była wyższa zaledwie o parę centymetrów. Delikatny makijaż dodawał jej kilka lat. Była ubrana w krótką, jeansową spódniczkę i koszulką na grubym ramiączku, wciśniętą za pasek spódnicy. Na jej nogach świeciły srebrne szpilki. " Wygląda ohydnie. " - pomyślała brązowowłosa.
- Tak? - spytała pokornym głosem. Na twarzy Lauren Luit, wykwitł jeszcze szerszy uśmiech.
- Wiesz kim był ten chłopak, na którego przed chwilą wpadłaś, łamago?- Dziewczyny, stojące za nią wybuchnęły śmiechem.
- Nie, nie wiem. - odpowiedziała dziewczyna, nie do końca zgodnie z prawdą. Spuszczona głowa jej to ułatwiała, nie musiała patrzeć rudowłosej w zielone oczy. Bo po co miała mówić, że doskonale zna tego chłopaka ? Po co miała mówić, że codziennie zerka na sąsiednią ławkę, by zobaczyć jego zgrabne pismo, skupiony wyraz twarzy ? Co je to mogło interesować ? Luit odchrząknęła.
- Dla twojej wiadomości, to jest mój przyszły chłopak. - odpowiedziala butnie. Camille wiedziała, że czas się wycofywać. - I masz się trzymać od niego z daleka, jasne ? - ponownie warknęła, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła, machając bujnymi włosami na boki. Niebieskooka też się odwróciła i ruszyła z powrotem w stronę szkoły. Nie mogła opanować oddechu, a bicie serca bylo zdecydydowanie za szybkie. Przyspieszyła kroku, by jak najszybciej znaleźć się w gmachu szkoły. Bała się, cholernie się bała. Nawet nie wiedziała czego.
Nazywam się Camille Everdeen. Mam 16 lat. Jestem córką Katniss i Gale' a Hawthorne' ów. Mam brata, ma półtora roku. Jestem inna. Jestem dziwadłem. Boję się.
Siedziała w ostatniej ławce, w rzędzie pod ścianą. Mocno się garbiła nad swoim zeszytem, zakrywając większość twarzy włosami. Nauczycielka właśnie opowiadała coś o Miłosiernym Bogu. Dokładnie słyszała wszystkie słowa, ale jej myśli były zaplątane. " Gdzie jest ten Bóg ? Gdzie jest kiedy ja cierpię, kiedy jestem katowana, głodzona, więziona ? Gdzie jest kiedy inni cierpią ? Gdzie ? Dlaczego ten m i ł o s i e r n y Bóg na to pozwala ? " Wywołana do odpowiedzi, automatycznie odpowiedziała, poprawnie. Na lekcji pokazywała, że mocno wierzy w Boga, jednak gdzieś w głębi duszy wątpiła. Ławka obok była pusta. Pusta. To słowo ją przerażało. Przecież codziennie tu siedział, widziała go dzisiaj rano, a teraz jego ławka była wolna. " Przestań, Camille !- upomniała się w myślach. - Nie możesz o nim myśleć. Nie możesz. " Kreśliła jakieś wzorki, jeżdżąc długopisem w tę i z powrotem po kratkach. Jednocześnie skupiona, i jednocześnie gdzieś indziej. W jednej chwili siedziała w klasie, i pędziła przez łąki, usiane kolorowymi kwiatami. Od razu skojarzyło jej się z tą kołysanką.
W oddali łąki, wejdziesz do łóżka,
Czeka tam na cię z trawy poduszka.
Skłoń na niej główkę, oczęta zmruż,
Rankiem cię zbudzi słońce, twój stróż.
Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
Najsłodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.
Poblask miesiąca spłynie w mrok łąk,
Okryj się liśćmi, weź je do rąk.
W niepamięć odpuść kłopotów moc,
Znikną na zawsze, gdy minie noc.
Tu jest bezpiecznie, ciepło jest tu,
Stokrotki polne zaradzą złu.
Najsłodsza mara tu ziszcza się,
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.
Tutaj jest miejsce, gdzie kocham cię.
Mama często nuciła tę piosenkę, kiedy nocne koszmary wyrywały ją z dziecinnego świata. Problem w tym, że ona nie miała dzieciństwa. Nigdy nie była dzieckiem. Za szybko musiała urosnąć, za szybko nauczyć się żyć. Nigdy nie dostała szansy na normalne życie.
poniedziałek, 8 września 2014
Rozdział 2 " Zdecydowanie dość "
Silna ręka ojca uderza o jej policzek.
- Nie słyszysz jak ciebie wołam ?! W tej chwili na dół !- Camille szybko zerwała się z łóżka i pobiegła na dół unikając kolejnego ciosu. Wybiegając z pokoju, uderzyła o szafę stojącą w rogu. Kuśtykając zbiegła po schodach, by odruchowo uciec przed ojcem, ale wiedziała, że kara jej nie ominie. Pędem wpadła do salonu, o mało co nie przewracając się na wypolerowanej posadzce. Przy stole siedziała mama. W łóżeczku leżał jej młodszy brat. Usiadła na swoim miejscu. Kilka sekund później zjawił się ojciec. Był cały czerwony z wściekłości. Złapał ją za ramię i siłą wyciągnął na środek pomieszczenia.
- A oto kara za nieposłuszeństwo.
Cichy szloch wypełniał przestrzeń. Pokój byłby całkowicie pusty, gdyby nie leżąca w jego rogu postać. Jej ciemne włosy pozlepiane były krwią, a po policzkach leciały łzy. Mocno obejmowała ramionami głowę, w ustach czuła metaliczny smak krwi. Nie wiedziała, ile już tu jest. Nie wiedziała, ile już tu się męczy. Była jednak świadoma, że ma już dość. Dość. Tego już było za wiele. Za dużo już wycierpiała. Za wiele ran już ukryła. Zdecydowanie dość.
Po jakimś czasie do pokoju wkradła się mama. Objęła córkę i wyniosła z pomieszczenia. Cicho przemykając przez korytarze, dotarły do jej pokoju. Katniss ułożyła swoją córkę na łóżku i przyjrzała się jej dokładnie. Skrzywiła się. Miała podbite oko, a z nosa sączyła się krew. Lekko dotknęła brzucha, " pacjentka " zgięła się wpół. Z matczynego oka poleciała łza. Jedna. Nie więcej. Nie mogła sobie na tyle pozwolić. Nie w obecności dziecka.
Zabrała się za opatrywanie jej pokaleczonego i posiniaczonego ciała. W ciągu lat, w końcu się tego nauczyła. Nie brzydziła już się tego. Musiała to codziennie robić.
- Mamo, dlaczego tak się dzieje ? Dlaczego nas to spotyka ? - załkała dziewczyna.
- Los nam nie sprzyjał. - odpowiedziała.
Wiosenny wiatr z szelestem wpadł do pokoju, przez uchylone okno. Katniss od razu się to skojarzyło z nim. On też zawsze spał z otwartym. Właśnie przyglądała się zarysowi ciała swojej córki. Była taka drobna, taka bezbronna, a jednocześnie silna... Przez sen wyglądała jeszcze ładniej. Jej twarde rysy, stawały się takie łagodne, i wydawała się jeszcze bardziej bezbronna. Włosy rozrzucona na poduszce, przypominały ciemną kaskadę. Leżała w swojej ulubionej pozycji : ze zgiętymi w kolanach nogami, ręką pod policzkiem, jednym ramieniem obejmując dolne kończyny. Była na prawdę piękna. Miała piękną córkę.
Jakiś czas później, Camille wolno zwlekła się z łóżka. Od razu poczłapała do łazienki. Odkręciła kurek z zimną wodą, ułożyła ręce w miseczkę i ochlapała twarz. Rozbudzenie gwarantowane. Złapała za frotowy ręcznik i otarła twarz. Spojrzała w lustro, ale od razu odwróciła wzrok. Ten widok był przerażający. Całą twarz pokrywały fioletowe siniaki, a oczy były opuchnięte. Nabrzmiała warga, dopiero teraz dała o sobie znać. Podobnie było z resztą ciała, a pod tą warstwą kryła się też kolejna.
Stała teraz przed lustrem w swojej sypialni. Twarz nie była już aż tak fioletowa, a oczy nie były tak mocno opuchnięte. Czarna, lekko obcisła bluzka do nadgarstków, zakrywała wszystkie blizny, a długie, białe rurki, chowały ją przed światem. Złapała za szczotkę i zaczęła rozczesywać splątane kosmyki. Wolnymi, płynnymi ruchami pokonywała każdą przeszkodę. W końcu powstała gładka, miękka powierzchnia. Ułożyła je tak, by zakrywały skronie. Narzuciła ciepły polar i już. Była gotowa. Złapała za plecak i szybkim ruchem ruszyła ku drzwiom. Schodząc po schodach, czuła niemalże każde miejsce, które kiedykolwiek miało zderzenie z ręką Gale'a, jej ojca. Wszystko ją bolało, ale starała po sobie tego nie pokazywać.
Idąc w kierunku szkoły myślała tylko o tym, by nikt nie zauważył jej twarzy. Szła, więc ze spuszczoną głową, lekko przygarbiona, dokładnie oglądając swoje buty. Nawet nie zauważyła, gdy ktoś się przed nią pojawił. Wpadła prosto na niego. Przerażona, uniosła wysoko głowę, by spojrzeć na tą osobę. Jej spojrzenie padło na brązowe tęczówki.
- Przepraszam, na prawdę.. Co ci się stało ?- spytał unosząc lekko rękę. Dotknął jej policzka, a ona od razu strąciła dłoń chłopaka.
- Nic. - warknęła i ruszyła przed siebie. Potem przez cały dzień nękały ją wyrzuty sumienia.
- Nie słyszysz jak ciebie wołam ?! W tej chwili na dół !- Camille szybko zerwała się z łóżka i pobiegła na dół unikając kolejnego ciosu. Wybiegając z pokoju, uderzyła o szafę stojącą w rogu. Kuśtykając zbiegła po schodach, by odruchowo uciec przed ojcem, ale wiedziała, że kara jej nie ominie. Pędem wpadła do salonu, o mało co nie przewracając się na wypolerowanej posadzce. Przy stole siedziała mama. W łóżeczku leżał jej młodszy brat. Usiadła na swoim miejscu. Kilka sekund później zjawił się ojciec. Był cały czerwony z wściekłości. Złapał ją za ramię i siłą wyciągnął na środek pomieszczenia.
- A oto kara za nieposłuszeństwo.
Cichy szloch wypełniał przestrzeń. Pokój byłby całkowicie pusty, gdyby nie leżąca w jego rogu postać. Jej ciemne włosy pozlepiane były krwią, a po policzkach leciały łzy. Mocno obejmowała ramionami głowę, w ustach czuła metaliczny smak krwi. Nie wiedziała, ile już tu jest. Nie wiedziała, ile już tu się męczy. Była jednak świadoma, że ma już dość. Dość. Tego już było za wiele. Za dużo już wycierpiała. Za wiele ran już ukryła. Zdecydowanie dość.
Po jakimś czasie do pokoju wkradła się mama. Objęła córkę i wyniosła z pomieszczenia. Cicho przemykając przez korytarze, dotarły do jej pokoju. Katniss ułożyła swoją córkę na łóżku i przyjrzała się jej dokładnie. Skrzywiła się. Miała podbite oko, a z nosa sączyła się krew. Lekko dotknęła brzucha, " pacjentka " zgięła się wpół. Z matczynego oka poleciała łza. Jedna. Nie więcej. Nie mogła sobie na tyle pozwolić. Nie w obecności dziecka.
Zabrała się za opatrywanie jej pokaleczonego i posiniaczonego ciała. W ciągu lat, w końcu się tego nauczyła. Nie brzydziła już się tego. Musiała to codziennie robić.
- Mamo, dlaczego tak się dzieje ? Dlaczego nas to spotyka ? - załkała dziewczyna.
- Los nam nie sprzyjał. - odpowiedziała.
Wiosenny wiatr z szelestem wpadł do pokoju, przez uchylone okno. Katniss od razu się to skojarzyło z nim. On też zawsze spał z otwartym. Właśnie przyglądała się zarysowi ciała swojej córki. Była taka drobna, taka bezbronna, a jednocześnie silna... Przez sen wyglądała jeszcze ładniej. Jej twarde rysy, stawały się takie łagodne, i wydawała się jeszcze bardziej bezbronna. Włosy rozrzucona na poduszce, przypominały ciemną kaskadę. Leżała w swojej ulubionej pozycji : ze zgiętymi w kolanach nogami, ręką pod policzkiem, jednym ramieniem obejmując dolne kończyny. Była na prawdę piękna. Miała piękną córkę.
Jakiś czas później, Camille wolno zwlekła się z łóżka. Od razu poczłapała do łazienki. Odkręciła kurek z zimną wodą, ułożyła ręce w miseczkę i ochlapała twarz. Rozbudzenie gwarantowane. Złapała za frotowy ręcznik i otarła twarz. Spojrzała w lustro, ale od razu odwróciła wzrok. Ten widok był przerażający. Całą twarz pokrywały fioletowe siniaki, a oczy były opuchnięte. Nabrzmiała warga, dopiero teraz dała o sobie znać. Podobnie było z resztą ciała, a pod tą warstwą kryła się też kolejna.
Stała teraz przed lustrem w swojej sypialni. Twarz nie była już aż tak fioletowa, a oczy nie były tak mocno opuchnięte. Czarna, lekko obcisła bluzka do nadgarstków, zakrywała wszystkie blizny, a długie, białe rurki, chowały ją przed światem. Złapała za szczotkę i zaczęła rozczesywać splątane kosmyki. Wolnymi, płynnymi ruchami pokonywała każdą przeszkodę. W końcu powstała gładka, miękka powierzchnia. Ułożyła je tak, by zakrywały skronie. Narzuciła ciepły polar i już. Była gotowa. Złapała za plecak i szybkim ruchem ruszyła ku drzwiom. Schodząc po schodach, czuła niemalże każde miejsce, które kiedykolwiek miało zderzenie z ręką Gale'a, jej ojca. Wszystko ją bolało, ale starała po sobie tego nie pokazywać.
Idąc w kierunku szkoły myślała tylko o tym, by nikt nie zauważył jej twarzy. Szła, więc ze spuszczoną głową, lekko przygarbiona, dokładnie oglądając swoje buty. Nawet nie zauważyła, gdy ktoś się przed nią pojawił. Wpadła prosto na niego. Przerażona, uniosła wysoko głowę, by spojrzeć na tą osobę. Jej spojrzenie padło na brązowe tęczówki.
- Przepraszam, na prawdę.. Co ci się stało ?- spytał unosząc lekko rękę. Dotknął jej policzka, a ona od razu strąciła dłoń chłopaka.
- Nic. - warknęła i ruszyła przed siebie. Potem przez cały dzień nękały ją wyrzuty sumienia.
niedziela, 7 września 2014
Rozdział 1 " Niebieskie oczy "
" Hear the sound of the falling rain,
Coming down like an Armageddon flame,
The shame,
The ones who died without a name,
Hear the dogs howling out of key,
To a hymn called "Faith and Misery",
And bleed, the company lost the war today
I beg to dream and differ from the hollow lies
This is the dawning of the rest of our lives
On holiday "
Coming down like an Armageddon flame,
The shame,
The ones who died without a name,
Hear the dogs howling out of key,
To a hymn called "Faith and Misery",
And bleed, the company lost the war today
I beg to dream and differ from the hollow lies
This is the dawning of the rest of our lives
On holiday "
Dźwięk głosu wokalisty zespołu Green Day, huczał w pokoju. Dziewczyna, leżąca na łóżku, podniosła się i podparła o stos poduszek. W głowie miała totalną pustkę. Wsłuchiwała się tylko w piosenkę z zamkniętymi oczami. To się nazywa relaks, pomyślała.
- Camille ?!- usłyszała głos swojego ojca. Zerwała się z miejsca i, jak najszybciej mogła, zbiegła na dół.
- Tak, tato ?- wysapała. Rosły brunet o szarych oczach wpatrywał się w nią uważnie z surowym wyrazem twarzy.
- Czy mogłabyś ściszyć to badziewie?! Słychać to aż tu mimo wyciszających ścian!- wrzasnął. Podniósł rękę, a dziewczyna natychmiast zakryła twarz, chroniąc się przed ciosem. Nadszedł. Jęknęła cicho i pobiegła do siebie. Gorączkowym ruchem dotknęła szklanej tafli swojego tableta firmy Apple. Zapadła cisza.
Ciepła woda spływała po jej brązowych kosmykach, niebieskie oczy były opuchnięte. Łzy mieszały się z wodą. Stała już tak od 15 minut, szorując długie włosy. W końcu spłukała kolorową pianę i wyszła z ogromnej, szklanej kabiny. Sięgnęła po miętowy ręcznik i szczelnie okryła się miękkim materiałem. Przechodząc obok lustra, machinalnie w nie spojrzała. Długie pasma brązowych włosów spływały aż do pasa niczym wodna kaskada, okalając bladą twarz, z której patrzyły intensywnie niebieskie oczy w kolorze morza. Zastanawiała się po kim odziedziczyła ten kolor. Jej rodzice mieli szare, półtoraroczny brat, Lucas, też. Ona jedyna wyróżniała się tym odcieniem. Ruszyła wolnym krokiem w stronę swojej sypialni. Czarne ściany idealnie kontrastowały z kremowymi meblami. Pokrywały je miliony plakatów, obrazów i ręcznie pisanych cytatów. Biurko, stojące pod oknem, zawalone było papierami, a regał stojący obok - książkami. Ostrożnie podeszła do okna i zasunęła białą roletę, następnie, swobodnym już, krokiem przemierzyła pokój, zmierzając ku ogromnej szafie. Wyciągnęła z niej zieloną, luźną koszulę w białe grochy. Ręcznik opadł przy jej nogach, gdy nakładała piżamę. To była jej ulubiona piżama. Jakiś czas temu dostała ją od mamy. Dokładnie pamiętała to wydarzenie.
- Camille ?- Ciche pukanie towarzyszyło, równie cichemu głosowi. Jej mama uważnie przyglądała się jej przez szparę w drzwiach. Delikatny uśmiech gościł na jej twarzy, a w rękach trzymała jakieś pudełko.
- Tak, mamo ?- odpowiedziała z uśmiechem. Katniss Everdeen ostrożnie wślizgnęła się do środka i przysiadła obok córki. Przez chwilę przyglądała się jej jasnej cerze w poszukiwaniu jakichś nowych nabytków. Choć dziewczyna starannie próbowała ukryć siniaka na skroni, matczyne oko i tak go dostrzegło. Chwilę wpatrywała się w miejsce z wyraźnym bólem, po czym delikatnie ucałowała to miejsce.
- To nic. - szepnęła dziewczyna. Matka nie odpowiedziała. Podała jej bez słowa pudełko, czekając na reakcję. Camille ujęła oburącz kolorowy przedmiot, przyglądając mu się z uwagą. W końcu złapała za wieko i uchyliła. Z dna spoglądał na nią zielono-biały materiał. Sięgnęła i powoli zaczęła wyciągać, a jej oczom stopniowo ukazywał się wspaniały widok. Satynowa koszula sięgała jej do połowy uda, miała podwinięte rękawy. Kolor od razu spodobał się brązowowłosej. Odłożyła ubranie na kolana i rzuciła się mamie na szyję.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję, mamo. - szepnęła z entuzjazmem. Szarooka zagryzła wargę, przypominając sobie pewną osobę. Szybko jednak się uśmiechnęła i odwzajemniła uścisk.- Z jakiej to okazji ?
- A z takiej, że dzisiaj jest 22 kwiecień, kochanie. A to są...- mrugnęła porozumiewawczo. Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz konsternacji, próbowała sobie przypomnieć tą datę. Przymrużyła oczy w skupieniu..
- No nie wierzę, Camille Everdeen zapomniała o swoich urodzinach !- czyiś głos przerwał panującą ciszę. Kobieta, o czarnych włosach, śmiała się w drzwiach. Obie spojrzały na nią- starsza z niedowierzaniem, młodsza z strachem pomieszanym ze zdziwieniem.
- C..Co ty tutaj robisz, Johanno ?- Pierwsza otrząsnęła się Katniss, patrząc szeroko otwartymi oczami na nowo przybyłą osobę. Tamta tylko uśmiechnęła się przelotnie swoim zadziornym uśmiechem.
- Miałabym zapomnieć o urodzinach chrześnicy ?- zapytała z rozbawieniem. Wpatrywały się w siebie jakiś czas. Everdeen wstała i objęła dawną przyjaciółkę. Zatonęły w swoich objęciach. Camille zmarszyła brwi. Przez jej głowę przelatywały wspomnienia, znała tą osobę, pamiętała..
Oderwały się od siebie po kilku minutach.
- Spóźniłaś się 14 lat, Mason. - wybuchnęły śmiechem. Błękitnooka szeroko otworzyła oczy. Jej mama się śmiała. JEJ MAMA.
Kilka godzin później tłumaczyły jej wszystko. Szybko pojęła kim jest Johanna Mason. Gdy poprosiły o trochę prywatności, szybko ulotniła się z pomieszczenia. Wchodząc po schodach, wyraźnie słyszała słowa swojej chrzestnej.
- Ma po nim oczy. - Rozmarzony ton, którym mówiła w ogóle nie przypominał tego zgryźliwego, którego cały czas używała. - Katniss, on żyje. - powiedziała z wyraźnym smutkiem. Camille zupełnie tego nie rozumiała. Czemu mówiła ze smutkiem o kimś, kto jednak żyje? - Musisz coś z tym zrobić, on was w końcu znajdzie. I nie spocznie. A ja wiem, że wciąż.. - urwała. Trzask drzwi przerwał jej wypowiedź. Dziewczyna szybko pobiegła na górę i bezgłośnie wślizgnęła się do środka. Odziedziczyła tą umiejętność po matce, choć nie miała pojęcia skąd ona ją posiadała. Potem słyszała tylko krzyki i trzaski. Ale tym razem nie należały tylko do jej ojca..
A tu wspomnienie się urywało i z trzaskiem uderzyła w nią rzeczywistość.
- To nic. - szepnęła dziewczyna. Matka nie odpowiedziała. Podała jej bez słowa pudełko, czekając na reakcję. Camille ujęła oburącz kolorowy przedmiot, przyglądając mu się z uwagą. W końcu złapała za wieko i uchyliła. Z dna spoglądał na nią zielono-biały materiał. Sięgnęła i powoli zaczęła wyciągać, a jej oczom stopniowo ukazywał się wspaniały widok. Satynowa koszula sięgała jej do połowy uda, miała podwinięte rękawy. Kolor od razu spodobał się brązowowłosej. Odłożyła ubranie na kolana i rzuciła się mamie na szyję.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję, mamo. - szepnęła z entuzjazmem. Szarooka zagryzła wargę, przypominając sobie pewną osobę. Szybko jednak się uśmiechnęła i odwzajemniła uścisk.- Z jakiej to okazji ?
- A z takiej, że dzisiaj jest 22 kwiecień, kochanie. A to są...- mrugnęła porozumiewawczo. Na twarzy dziewczyny pojawił się wyraz konsternacji, próbowała sobie przypomnieć tą datę. Przymrużyła oczy w skupieniu..
- No nie wierzę, Camille Everdeen zapomniała o swoich urodzinach !- czyiś głos przerwał panującą ciszę. Kobieta, o czarnych włosach, śmiała się w drzwiach. Obie spojrzały na nią- starsza z niedowierzaniem, młodsza z strachem pomieszanym ze zdziwieniem.
- C..Co ty tutaj robisz, Johanno ?- Pierwsza otrząsnęła się Katniss, patrząc szeroko otwartymi oczami na nowo przybyłą osobę. Tamta tylko uśmiechnęła się przelotnie swoim zadziornym uśmiechem.
- Miałabym zapomnieć o urodzinach chrześnicy ?- zapytała z rozbawieniem. Wpatrywały się w siebie jakiś czas. Everdeen wstała i objęła dawną przyjaciółkę. Zatonęły w swoich objęciach. Camille zmarszyła brwi. Przez jej głowę przelatywały wspomnienia, znała tą osobę, pamiętała..
Oderwały się od siebie po kilku minutach.
- Spóźniłaś się 14 lat, Mason. - wybuchnęły śmiechem. Błękitnooka szeroko otworzyła oczy. Jej mama się śmiała. JEJ MAMA.
Kilka godzin później tłumaczyły jej wszystko. Szybko pojęła kim jest Johanna Mason. Gdy poprosiły o trochę prywatności, szybko ulotniła się z pomieszczenia. Wchodząc po schodach, wyraźnie słyszała słowa swojej chrzestnej.
- Ma po nim oczy. - Rozmarzony ton, którym mówiła w ogóle nie przypominał tego zgryźliwego, którego cały czas używała. - Katniss, on żyje. - powiedziała z wyraźnym smutkiem. Camille zupełnie tego nie rozumiała. Czemu mówiła ze smutkiem o kimś, kto jednak żyje? - Musisz coś z tym zrobić, on was w końcu znajdzie. I nie spocznie. A ja wiem, że wciąż.. - urwała. Trzask drzwi przerwał jej wypowiedź. Dziewczyna szybko pobiegła na górę i bezgłośnie wślizgnęła się do środka. Odziedziczyła tą umiejętność po matce, choć nie miała pojęcia skąd ona ją posiadała. Potem słyszała tylko krzyki i trzaski. Ale tym razem nie należały tylko do jej ojca..
A tu wspomnienie się urywało i z trzaskiem uderzyła w nią rzeczywistość.
piątek, 5 września 2014
Prolog " To dopiero początek. "
Ich kroki odbijały się krótkim echem wśród plątanin białych korytarzy. Powietrze rozrywały paniczne krzyki. Mężczyzna, o oczach oceanu, mocno trzymał żonę za rękę, szepcząc kojące słowa.
- Wszystko będzie dobrze. Poradzisz sobie, Katniss, poradzimy. Razem ? - zapytał ciepłym głosem spoglądając wprost w szare tęczówki kobiety.
- Razem.- wysapała z trudem, lecz w jej oczach odbijała się determinacja. Wokół szpitalnego łóżka biegł lekarz i kilka pielęgniarek, ubranych w białe fartuchy. Kilka minut później dobiegli do poszukiwanych drzwi i szybko znaleźli się w sali. Po twarzy kobiety spływały krople potu, czarne włosy były wilgotne, twarz wykrzywiona w bólu. Miała na sobie zwykłe dresy i luźną, pomarańczową, niczym zachód słońca, koszulkę. Mężczyzna, ubrany w fartuch, który noszą kucharze, wpatrywał się w nią z troską. Jego głową pokrywały, równie wilgotne, blond loki. Przykuwające uwagę morskie oczy zdradzały przejęcie.
Po szybie wolno płynęły krople deszczu. Gdzieś w oddali widać było las. Słońce, już z samego rana, schowało się za szarą płachtą chmur.
- Akcja porodowa się rozpoczęła. - rozbrzmiał głos lekarza.
Kilka godzin później, ten sam mężczyzna z uśmiechem trzymał swoją nowo narodzoną córeczkę w swoich umięśnionych ramionach. Mały bobas akurat drzemał. Ta delikatność z jaką patrzył na malucha, w ogóle nie pasowało do blizn na ramionach. Katniss wpatrywała się w ten widok z rozczuleniem. W jej oczach błyszczało szczęście.
- Jestem za Kennedy. - powiedział blondyn, który nawet na chwilę nie spuszczał wzroku z dziecka. Brunetce, przez chwilę przeleciało przez myśl jak może się tak długo uśmiechać. Ale rozumiała jego szczęścia. Była równie szczęśliwa. Miała przed sobą dwie, najważniejsze osoby w jej życiu.
- A ja nadal upieram się przy Suzanne. - odpowiedziała z udawanym uporem. Oboje wybuchnęli śmiechem. Całkowicie szczerym.
W pomieszczeniu panował gwar. Przy łóżku siedziało jakieś 6 osób. Wszystkie z uśmiechem wpatrywały się w małe dziecko, spokojnie śpiące w objęciach mamy.
- Jest piękna. - zauważyła Johanna. - Chociaż nie tak jak ja. - dodała swoim zgryźliwym tonem, ale uśmiech nie znikał. Zmieniła się od czasu kiedy ostatni raz się widziały. Ciemne włosy sięgały już talii, przy oczach pojawiły się zmarszczki, sygnalizujące częsty śmiech. Miała delikatny makijaż idealnie współgrający z kremową, delikatnie opinającą figurę dziewczyny, sukienkę. Zupełnie nie przypominała tamtej bezuczuciowej dziewczyny.
- Wybraliście już chrzestnych ?- melodyjny głos Annie rozniósł się cicho po sali. Rude loki okalały jej twarz. Pod jej zielonymi oczami widniały delikatne worki, sygnalizujące niewyspanie. Katniss pomyślała, że jest na prawdę ładna. Siedzący obok niej chłopiec, o kasztanowych włosach i zielonych oczach, z uwagą i skupieniem przypatrywał się małej kuzynce. Mały był bardzo zaciekawiony małym stworzonkiem, które było dla niego zupełnie obce, dziwne. Jednak o nic nie pytał.
- Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy, ale sądzę, że oboje mamy faworytów. - Peeta znacząco spojrzał w stronę dziewczyny z dzieckiem. To była prawda.
- W takim razie ja się zgłaszam na ochotnika ! - wykrzyknął Haymitch, były mentor. Wybuchnęli śmiechem, a on tylko patrzył zdezorientowany. - Ale ja nie żartuję.
Śmiech ustał.
- Ymm... Rozpatrzymy twoją uwagę.. - zaczął Peeta.
- Nie. Uważam, że to dobry pomysł. Niech Haymitch zostanie chrzestnym małej. - przerwała mu.
- Zgoda. - odpowiedział z uśmiechem. Wszyscy przypatrywali się im z nieodgadnioną miną.
- Wy mówicie serio ? -spytał Gale. Katniss pomyślała, że to on chciał być chrzestnym jej córki. Jako przyjaciel.
- Jak najbardziej. - odpowiedzieli jednocześnie z powagą. Hawthorne zrobił tylko dziwną, ale natychmiast się uśmiechnął.
- A wymyśliliście już imię ?- głos Effie nie jest już tak bardzo przesiąknięty Kapitolem. Też się zmieniła. Zamiast jaskrawej peruki, pojawiły się prawdziwe, blond włosy. Na długich nogach opinają się jedwabne, srebrne rurki, a z ramion spływa luźna, fioletowa koszula z podwiniętymi rękawami. Wygląda o wiele ładniej.
- Właściwie, to każdy ma swoje zdanie i nie możemy się jeszcze pogodzić. - odpowiedział Peeta. David, synek Annie, który zaczął się teraz dziwnie wiercić, w końcu coś powiedział.
- Mogę mówić do niej Camille ?- spytał niepewnie. I tak zostało.
Płacz dziecka rozdarł przestrzeń sypialni Mellarków. Rodzice natychmiast zerwali z łóżka. To była pierwsza noc poza szpitalem. Młoda mama wyjęła dziecko z łóżka i przytuliła mocno do piersi, lekko się kołysząc.
- Ciii, śpij, Camille, śpij. - szepnęła kojąco. Dziecko powoli zaczęło się uspokajać Krzyki ucichły. Matka zaśpiewała jej kojącą kołysankę i mała już po chwili leżała w swoim łóżeczku. Jej rodzice niewyspani conocną pobudką natychmiast wrócili na miejsce.
- Jestem wykończona. - szepnęła Katniss wtulając się w jego pierś.
- To dopiero początek.- odpowiedział z uśmiechem i cmoknął ją w czoło.
- Boję się, że nie dam rady. - wyznała po chwili ciszy. Mężczyzna przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Lecz w końcu powiedział :
- Poradzimy sobie, my, razem.
Ale tak się nie stało...
- Wszystko będzie dobrze. Poradzisz sobie, Katniss, poradzimy. Razem ? - zapytał ciepłym głosem spoglądając wprost w szare tęczówki kobiety.
- Razem.- wysapała z trudem, lecz w jej oczach odbijała się determinacja. Wokół szpitalnego łóżka biegł lekarz i kilka pielęgniarek, ubranych w białe fartuchy. Kilka minut później dobiegli do poszukiwanych drzwi i szybko znaleźli się w sali. Po twarzy kobiety spływały krople potu, czarne włosy były wilgotne, twarz wykrzywiona w bólu. Miała na sobie zwykłe dresy i luźną, pomarańczową, niczym zachód słońca, koszulkę. Mężczyzna, ubrany w fartuch, który noszą kucharze, wpatrywał się w nią z troską. Jego głową pokrywały, równie wilgotne, blond loki. Przykuwające uwagę morskie oczy zdradzały przejęcie.
Po szybie wolno płynęły krople deszczu. Gdzieś w oddali widać było las. Słońce, już z samego rana, schowało się za szarą płachtą chmur.
- Akcja porodowa się rozpoczęła. - rozbrzmiał głos lekarza.
Kilka godzin później, ten sam mężczyzna z uśmiechem trzymał swoją nowo narodzoną córeczkę w swoich umięśnionych ramionach. Mały bobas akurat drzemał. Ta delikatność z jaką patrzył na malucha, w ogóle nie pasowało do blizn na ramionach. Katniss wpatrywała się w ten widok z rozczuleniem. W jej oczach błyszczało szczęście.
- Jestem za Kennedy. - powiedział blondyn, który nawet na chwilę nie spuszczał wzroku z dziecka. Brunetce, przez chwilę przeleciało przez myśl jak może się tak długo uśmiechać. Ale rozumiała jego szczęścia. Była równie szczęśliwa. Miała przed sobą dwie, najważniejsze osoby w jej życiu.
- A ja nadal upieram się przy Suzanne. - odpowiedziała z udawanym uporem. Oboje wybuchnęli śmiechem. Całkowicie szczerym.
W pomieszczeniu panował gwar. Przy łóżku siedziało jakieś 6 osób. Wszystkie z uśmiechem wpatrywały się w małe dziecko, spokojnie śpiące w objęciach mamy.
- Jest piękna. - zauważyła Johanna. - Chociaż nie tak jak ja. - dodała swoim zgryźliwym tonem, ale uśmiech nie znikał. Zmieniła się od czasu kiedy ostatni raz się widziały. Ciemne włosy sięgały już talii, przy oczach pojawiły się zmarszczki, sygnalizujące częsty śmiech. Miała delikatny makijaż idealnie współgrający z kremową, delikatnie opinającą figurę dziewczyny, sukienkę. Zupełnie nie przypominała tamtej bezuczuciowej dziewczyny.
- Wybraliście już chrzestnych ?- melodyjny głos Annie rozniósł się cicho po sali. Rude loki okalały jej twarz. Pod jej zielonymi oczami widniały delikatne worki, sygnalizujące niewyspanie. Katniss pomyślała, że jest na prawdę ładna. Siedzący obok niej chłopiec, o kasztanowych włosach i zielonych oczach, z uwagą i skupieniem przypatrywał się małej kuzynce. Mały był bardzo zaciekawiony małym stworzonkiem, które było dla niego zupełnie obce, dziwne. Jednak o nic nie pytał.
- Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy, ale sądzę, że oboje mamy faworytów. - Peeta znacząco spojrzał w stronę dziewczyny z dzieckiem. To była prawda.
- W takim razie ja się zgłaszam na ochotnika ! - wykrzyknął Haymitch, były mentor. Wybuchnęli śmiechem, a on tylko patrzył zdezorientowany. - Ale ja nie żartuję.
Śmiech ustał.
- Ymm... Rozpatrzymy twoją uwagę.. - zaczął Peeta.
- Nie. Uważam, że to dobry pomysł. Niech Haymitch zostanie chrzestnym małej. - przerwała mu.
- Zgoda. - odpowiedział z uśmiechem. Wszyscy przypatrywali się im z nieodgadnioną miną.
- Wy mówicie serio ? -spytał Gale. Katniss pomyślała, że to on chciał być chrzestnym jej córki. Jako przyjaciel.
- Jak najbardziej. - odpowiedzieli jednocześnie z powagą. Hawthorne zrobił tylko dziwną, ale natychmiast się uśmiechnął.
- A wymyśliliście już imię ?- głos Effie nie jest już tak bardzo przesiąknięty Kapitolem. Też się zmieniła. Zamiast jaskrawej peruki, pojawiły się prawdziwe, blond włosy. Na długich nogach opinają się jedwabne, srebrne rurki, a z ramion spływa luźna, fioletowa koszula z podwiniętymi rękawami. Wygląda o wiele ładniej.
- Właściwie, to każdy ma swoje zdanie i nie możemy się jeszcze pogodzić. - odpowiedział Peeta. David, synek Annie, który zaczął się teraz dziwnie wiercić, w końcu coś powiedział.
- Mogę mówić do niej Camille ?- spytał niepewnie. I tak zostało.
Płacz dziecka rozdarł przestrzeń sypialni Mellarków. Rodzice natychmiast zerwali z łóżka. To była pierwsza noc poza szpitalem. Młoda mama wyjęła dziecko z łóżka i przytuliła mocno do piersi, lekko się kołysząc.
- Ciii, śpij, Camille, śpij. - szepnęła kojąco. Dziecko powoli zaczęło się uspokajać Krzyki ucichły. Matka zaśpiewała jej kojącą kołysankę i mała już po chwili leżała w swoim łóżeczku. Jej rodzice niewyspani conocną pobudką natychmiast wrócili na miejsce.
- Jestem wykończona. - szepnęła Katniss wtulając się w jego pierś.
- To dopiero początek.- odpowiedział z uśmiechem i cmoknął ją w czoło.
- Boję się, że nie dam rady. - wyznała po chwili ciszy. Mężczyzna przez chwilę myślał nad odpowiedzią. Lecz w końcu powiedział :
- Poradzimy sobie, my, razem.
Ale tak się nie stało...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)